Kot Behemoth i Przyjaciele

Wpisy

  • niedziela, 15 lipca 2018
    • Wyspa nie całkiem bezludna.

      AKT CZWARTY.

      Chór Ar:

      Pora przyszła na akt czwarty,
      więc autorze - odkryj karty.
      Mało kogo tutaj wzrusza
      spicz Karyny, sen Janusza.

      Grajdoł. Dziewczynki robią babki z piasku. Karyna - rozkoszując się łagodnym łaskotaniem promieni przymglonego tropikalnego słońca - mruczy:

      Karyna:

      No, niestety - chłop dał ciała.
      Bredził, że... że cała biała
      baba jakaś mu się śniła...
      To już, kurna - jest mogiła;
      on mnie z jakąś zdzirą zdradza.
      Wierzy, że to go odmładza.
      Wciąga brzuch i mięśnie pręży.
      Chciałby zerwać się z uprzęży,
      na szerokie wpłynąć wody...
      Jak za młodu - spijać miody,
      trutnia słodką pełniąc rolę,
      lecz ja na to nie pozwolę.
      Dziś wieczorem sprawdzę męża;
      jego chęć i stan oręża.
      Wiem, że gadam tu do ściany,
      gdyż mężulek wciąż pijany,
      chociaż blisko jest południa.

      ...

      Plaża coś się nie zaludnia,
      znaczy - nie ma tu nikogo.
      W ciszy zatem i niedrogo
      spędzić można będzie wczasy;
      sporo się oszczędzi kasy...

      ...

      Chyba mnie coś drzemka bierze
      w tym grajdole, wręcz - kraterze...
      Mężuś kopał jak szalony,
      piasku ze dwie wyniósł tony,
      ale efekt: pierwszej wody.
      Zwłaszcza, że on też niemłody,
      bo czterdziestkę ma na karku
      i po trzecim już browarku
      niemoc widna go dopada.
      Nie najgorsza jest to wada...

      ...

      Głos... dobiega gdzieś z daleka;
      śpiewny, tęskny - wprost urzeka,
      rwąc na strzępy błogą ciszę...
      Imię swoje chyba słyszę,
      lecz to nie jest głos Januszka;
      jemu bliższa wciąż poduszka.

      Głos:

      Hej Karyno, hej dziewczyno,
      śliczna moja ty ptaszyno...
      Niech się los twój z moim splata;
      lećmy razem na kraj świata...
      Lećmy razem na kraj świata;
      niech się los twój z moim splata;
      śliczna moja ty ptaszyno...

      Karyna:

      Czemu właśnie: Hej Karyno?
      Męża, dzieci mam tu przeca.
      Taki tekst mnie nie podnieca;
      dziwna bardzo to przemowa...
      Słowa tylko... puste słowa...
      Gdzie i po cóż; z kim i kiedy
      szukać mam dla siebie biedy?
      Wróbla krzepko trzymam w ręce,
      a marzenia me dziewczęce
      o gołębiu, co na dachu;
      dawno poszły już do piachu.

      Głos:

      Och, Karyno - tyś jedyna!
      Nie Justyna, nie Grażyna;
      twoje imię brzmi tak przaśnie...
      Ciebie pragnę, ciebie właśnie.

      Karyna:

      Mylisz pewnie mnie z Maryną.
      Ja nie jestem twą ptaszyną;
      boczki mam i waga nie ta.
      Żadna już nie działa dieta,
      więc nie zerwę się do lotu;
      nie usłyszę już łopotu
      skrzydeł swoich, bo skarlały,
      choć w młodości miałam szały...
      Kim ty jesteś głosie miły?

      Głos:

      Jam jest władcą wielkiej siły.
      Wszystkie cztery świata strony
      mam na oku, a cyklony,
      trąby, szkwały, sztormy, burze;
      w mej przedwiecznej tkwią naturze...
      Hobby moim jest zagłada.
      Ślę tajfuny i tornada
      tam gdzie trzeba i nie trzeba,
      grom z jasnego spuszczam nieba,
      lecz samotność mi doskwiera...
      Drobna była gdzieś afera
      i już Amfi ma mnie w nosie.

      Karyna:

      Tyś Ajolos? Ach żonkosie...
      Ledwie rok od ślubu minie;
      chłop już myśli o Marynie.
      Tak się dzieje od stuleci,
      bo niezmienni są faceci...

      Głos:

      Tak... Ajolos - dawne czasy.
      Teraz na potrzeby prasy;
      każdy przejaw mej potęgi
      do archiwów trafia; w księgi
      i w tak zwane internety...
      Ksywę miewa więc niestety
      orkan byle, niż głęboki...
      Prawne już podjąłem kroki,
      by przywrócić kopy-rajty
      i fejkowe zamknąć sajty;
      o to mnie błagają bogi.
      Już Boreasz choćby srogi,
      co północne ściąga chłody...
      Chłop się stara, przeć niemłody,
      a tu słowa o nim ni ma,
      tylko: "znowu wraca zima"...
      Może wielu też przekona
      smutny strasznie los Skirona.
      Bóg łagodny ten z natury,
      od Islandii śle wichury,
      by siarczyste gonić mrozy,
      lecz nabawił się newrozy,
      gdyż meteo wciąż bajdurzy,
      że: "Atlantyk znów się burzy"...
      O Skironie ani słowa...
      Czyjaż to wytrzyma głowa?

      Karyna:

      Jak się zwracać do waszmości,
      by nie sprawić ci przykrości?
      Mój Eolu? Wiatrów boże?

      Głos:

      Och, Karyno - nie kpij może.
      Choć mitycznym jestem bytem;
      chlubą dla mnie i zaszczytem
      słodkie słowa będą twoje...
      Wieki dzielą nas oboje,
      różne także mamy cele,
      ale w mitach prawdy wiele;
      nie powstały bez kozery.

      Karyna:

      Czemu wstawiasz te bajery?
      Gdzieś kamera jest ukryta?
      Coś mi nie gra, coś mi zgrzyta;
      mąż tu dziwne ma omamy.
      Czy my w szole jakimś gramy?
      Coś w podobie big bradzera?
      Gdzie ukryta jest kamera?

      Głos:

      Mąż się naprał - prosta sprawa.
      Jeśli jesteś zaś ciekawa...
      tutaj trafia ten, kto błądzi.
      Wyspa widzi, wyspa sądzi.

      Karyna:

      Co tu wyspa ma do rzeczy?

      Głos:

      Młodość wróci, z ran uleczy...
      Każdy to ma, co zasłuży...

      Karyna:

      Źle to wróży, źle to wróży...

      Głos:

      Czemu wróży? Bądź łaskawa...

      Karyna:

      Przednia miała być zabawa:
      wyspa piękna gdzieś w tropiku
      i rozrywek wprost bez liku,
      a tu głosy, a tu zwidy.

      Głos:

      Wyspa do was śle fluidy...

      Karyna:

      Co nam po nich? Jakieś bzdety.

      Głos:

      Ach, kobiety... ach, kobiety...

      Karyna:

      Proszę; odkrył się seksista;
      oprócz męża oczywista.
      Dla was każda - to Maryna;
      czy matrona, czy dziewczyna.

      Głos:

      Cóż ty z tą Maryną stale?
      Żale, hale i górale,
      smutne życie na gór szczycie...
      Nie chcę wspólnych z nią wojaży;
      mnie z obłędem się kojarzy.

      Karyna:

      Mnie z czymś innym; mniejsza o to,
      zmilczę lepiej - będzie złoto.
      Mylisz czasy i utwory.
      Tu law story, tu law story,
      ale inne są to dzieje...
      Ktoś się wzrusza, ktoś się śmieje;
      różne ludzie mają gusta,
      żadna jednak tam rozpusta.
      Zwykłe ludzkie są dramaty.
      Ona biedna, on bogaty:
      Janusz, Jontek, Zośka, Halka;
      amant, góral i rywalka...
      o Marynie nie ma wzmianki.
      Jeśli rolę gra kochanki,
      to zbójnika - nie szlachcica.
      Tu istotna jest różnica;
      wszystko sprawdzić można w wiki.

      Głos:

      Fakt, już z gugla mam wyniki.
      Łupił wszystko, co się dało...
      Łupił często, łupił śmiało;
      ten Janosik od Maryny,
      a wyrzutów ani krzyny.
      Ba! W potocznej tkwi pamięci,
      że zbójnicy, ci wyklęci,
      zawsze się o sprawę bili,
      więc są każdej władzy mili,
      sporo mając za uszami...

      Karyna:

      Władza często naród mami,
      byle swe osiągnąć cele...

      Głos:

      Naród zaś wybaczy wiele,
      jeśli wroga ma na tacy.
      O to dbają już dworacy,
      ledwo palcem władca kiwnie.
      U was - widzę - jest coś dziwnie;
      demos działa, są wybory,
      ale system ten jest chory.
      Rządzi, można rzec - despota.
      Żyje sam, nie licząc kota,
      wszystkie w ręku dzierżąc sznurki.
      Sprzed półwiecza chce powtórki,
      własne sycąc tym tęsknoty,
      a że państwo ma kłopoty?
      To mu wisi i powiewa.
      Bogiem chce być... i tu krewa;
      do boskości droga kręta.
      Lista zgłoszeń jest zamknięta,
      no... przynajmniej od stuleci.
      Ci tyrani są jak dzieci;
      każdy, bez wyjątku, wierzy,
      że mu wszystko się należy:
      boskość, władza - tak z natury...

      Karyna:

      Obraz kreślisz dość ponury,
      lecz mam gdzieś tam - drogi panie;
      całe twoje to gadanie,
      bo są bliższe mi tematy.
      Jak tu przeżyć do wypłaty?
      Do tej pory żadna władza
      nie pomaga, nie dogadza,
      więc wybory ja mam w nosie.

      Głos:

      Hmm... w bierności tkwisz skorupie.
      Na to właśnie tyran liczy,
      program głosząc swój zwodniczy.

      Karyna:

      Przestań - jesteś jednym z gości,
      który znaczył coś w przeszłości,
      ale to już, wybacz - ściema.

      Głos:

      Nie. Rękami tu obiema
      pod tym się podpisać mogę.
      On rozniecić chce pożogę
      w sobie tylko znanym celu
      i ma fanów; fanów wielu
      na fejsbuku, na tłiterze...
      Są owieczki i pasterze
      i pisarze i dresiarze
      i pacjenci i lekarze
      i gwiazdorzy i statyści
      i tekstylni i nudyści...

      Karyna:

      Jakież wpisów tych powody?

      Głos:

      Dla niektórych - to krzyk mody,
      lecz też inne są motywy,
      oprócz szpanu, oprócz zgrywy.
      On odwieczne budzi strachy...

      Karyna:

      Kolo* w ciasne wskoczył nachy*
      i narządy mu uciska?
      Kolo życia nie zna z bliska,
      jeśli nie zna życia w sieci.
      Lajków tyle, co kto zleci;
      nad tym już czuwają boty.
      Bajdy durne dla ciemnoty...
      To się liczy, co w realu;
      nie w jutubie, na portalu.
      Przecież tam na każdym poście
      kasę cwani robią goście...
      konta pewnie też fejkowe.

      Głos:

      Masz podejście, widzę - zdrowe,
      ale za mną stoją wieki.
      By nie ruszać znów Seneki;
      sam od siebie dam dwa słowa:
      każda władza jest gotowa
      w swej obronie użyć siły,
      jeśli naród jej niemiły.

      Karyna:

      Strachy, mówisz i upiory?
      Wódz faktycznie - ponoć chory;
      rzadko zjawia się w eterze.
      Za to słudzy i żołnierze
      w mediach straszą na wyprzódki.

      Głos:

      Mnie nie dziwią ich pobudki.
      Nikt nie ufa już satrapie,
      który ledwie ledwie człapie,
      a wciąż prawo sobie rości
      do wielkości, do boskości.
      W tle jest zawsze jednak kasa,
      więc lojalność nie wygasa,
      póki spłacać trza kredyty.

      Karyna:

      Twój scenariusz grubo szyty,
      chociaż trzeźwe ma podstawy.
      Acz wydaje się dziurawy;
      czemu władca tak się chowa,
      jeśli prawdą są twe słowa?

      Głos:

      Jest... na wczasach... o dwa kroki;
      z drugiej strony tej zatoki.
      Wyspa wzięła go w obroty.
      Sporo przy nim jest roboty,
      żeby wyjść mógł znów na ludzi,
      a tymczasem wciąż marudzi:
      brak ochrony, czystych gaci...

      Karyna:

      Jak on za te wczasy płaci?
      Konta nie ma ani karty;
      takie w sieci krążą żarty.

      Głos:

      Wyspa jakoś się rozliczy...
      Teraz przetrwać musi w dziczy;
      każdy to ma, co zasłuży...
      każdy to ma, co zasłuży...
      każdy to ma, co zasłuży...

      Karyna:

      Ta rozmowa mi się dłuży.
      Co tu robisz, do cholery?

      Głos:

      Wszystkie świata strony cztery...

      Karyna:

      Tak, już wiem, lecz rzuć konkrety
      i już nie bredź - ach kobiety...
      na mnie to nie działa wcale.
      Wszędzie takie są mądrale.

      Głos:

      Mam zlecenie tu w pobliżu.
      Teraz jestem w stadium niżu,
      lecz rozkręcam się powoli;
      to wynika z mojej roli...

      Karyna:

      Nie... huragan jeszcze blisko...
      Cóż to znowu za zjawisko?

      Głos:

      Dick, a Rysiek w waszej mowie.
      Wcieleń moich istne mrowie:
      troje, w tej godzinie właśnie,
      gdzieś wypełnia się i gaśnie,
      choć wciąż jeszcze dachy zrywa.

      Karyna:

      I to twoje są aktywa?
      Ludzi przecież tyle ginie.

      Głos:

      Trybem jestem w tej machinie;
      wiesz: Ananke, Mojry, Hory...

      Karyna:

      Masz w tym udział całkiem spory.

      Głos:

      Mam, Karyno, cóż poradzę?
      Wyspa tu sprawuje władzę...

      Andżela:

      Mamuś, szybko, otwórz oczy!

      Karyna:

      O! Wasz tata dumnie kroczy,
      tylko dziwny jakiś, kurna;
      niby on, lecz gęba durna.
      W ręku kij i coś na głowie...

      Głos:

      Zanim mąż twój się wypowie;
      daj mi powód do radości.

      Karyna:

      Wolę chłopa z krwi i kości
      od starego, wybacz - boga.

      Głos:

      Jedna więc przede mną droga...

      ----------

      *Kolo; nachy - znak czasów...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Wyspa nie całkiem bezludna.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2018 03:20
  • piątek, 29 czerwca 2018
    • Na marginesie nowelizacji jednej ustawy...

      Oj nasłuchałem się w ostatnich dniach, nasłuchałem w tym TVNie.

      Przekaz dnia (choć innymi słowami) zaprezentował najpierw niejaki Jarosław S. wiceminister kultury a następnie prof. Zybertowicz. 

      Hosanna... odkryliśmy zjawisko antypolonizmu.

      I usiłujemy je przeciwstawić antysemityzmowi.

      Odnoszę wrażenie, że komuś coś się pomerdało (no tak, jak dwa metry ode mnie leży pies odwrócony ogonem w moim kierunku i śpi, to takie skojarzenia są na miejscu).

      Na świecie - nie tylko w Europie istnieje cała masa rożnych anty...izmów (zamiast 3 kropek należy wstawić tu nazwę nacji). Na pewno istniał, istnieje i istnieć będzie w ich gronie antypolonizm. Ale czy jest on tak straszliwy, że jest uprawnione porównywanie go z antysemityzmem?

      No to popatrzmy. Skutkiem zastosowania antysemityzmu w praktyce był  Holocaust.  Na dodatek to była zaplanowana akcja mająca na celu całkowite unicestwienie (czyli jak tłumaczył łacińskie słowo accidio Rafał Lemkin - twórca pojęcia genocide - ludobójstwo, dla porządku dodajmy, że skleił to z greckim słowem genos - ród).

      Truizm. Wszyscy o tym wiemy. Ale nie zawsze nam się chce (na ogół nie) by chwilę się nad tym zastanowić.

      A więc: przed wojną na kontynencie europejskim mieszkało kilka milionów Żydów. W wyniku Holocaustu ich populacja spadła co najmniej o 70% (są również źródła, które podają jeszcze większy odsetek, nawet 90%).

      W związku z tym warto zwrócić uwagę na dwie sprawy.

      1. Żaden antyiksizm nie zaowocował wymordowaniem co najmniej 70% populacji nacji X.

      2. W ściganiu się na martyrologię praktycznie wszelkie inne nacje są bez szans. 

      Również my. Oszacujmy.

      Przed wojną ludność RP wynosiła ok. 35-36 milionów z czego etnicznych Polaków było mniej więcej dwie trzecie czyli jakieś 24-25 milionów. Polska straciła ca 6 milionów obywateli w tym lekko powyżej połowy Żydów. To oznacza, że jakieś 3 miliony to wszystkie inne nacje. Czyli przedwojenni nieŻydzi. Jakieś 32 miliony. 25% z tych 32 milionów to niePolacy (etniczni), ale polscy przedwojenni obywatele i spośród nich ładne paręset tysięcy też straciliśmy. Robi się z tego więc jakieś 2 miliony z kawałkiem polskich etnicznych ofiar II WŚ. Czyli około 10% przedwojennych Polaków etnicznych - obywateli polskich. 

      Nawet gdyby przyjąć, że w II WŚ zginęło 4 miliony etnicznie polskich obywateli II RP, to i tak doskrobiemy się co najwyżej do ok. 25% strat. 

      Nadal nieporównywalne z 70%, nie mówiąc o 90%.

      Oczywiście nikt zdrowy na umyśle nie będzie twierdzić, że nasze straty są niewielkie. Są wielkie, ale nieporównywalne z ilością ofiar Holocaustu. W ogóle każda, nawet pojedyncza  ofiara, to i tak  o jedną za dużo.

      W moim odczuciu niezwykła wrażliwość Żydów na kwestię Holocaustu bierze się właśnie stąd, że ich straty były nieporównywalnie relatywnie większe niż innych nacyj. Znajdzie się co prawda trochę takich narodów w dziejach, które doznawały takich strat a nawet większych. Ale było to albo bardzo dawno - np. zagłada cywilizacji Tangutów dokonana w XIII wieku przez Mongołów. (nie przetrwał praktycznie nikt, kto by potrafił odczytać ich pismo...).

      A w Europie w czasie wojny 30-letniej populacja Czechów zmniejszyła się o 74%. A Polska w wyniku Potopu szwedzkiego straciła od 30 do 50% populacji (wg różnych szacunków). To zawdzięczmy Szwedom, a także Rakoczemu i innym takim, którzy w stosownym czasie stworzyli sojusz przeciwko nam. 

      Ale minęło dobrze ponad 300 lat i sami o tym zapomnieliśmy. Czesi też, choć skutki tej hekatomby trwały bardo długo. Jeszcze 150 lat później w Pradze praktycznie nie było słychać języka czeskiego, ba dopiero zabierano się za jego odtwarzanie na podstawie zachowanych starych tekstów, czy tu i ówdzie zachowanych dialektów, czy apokryfów (sic!).

      Czas zabliźnił rany.

      A w przypadku Holocaustu żyje sporo ludzi, którym udało się przeżyć, albo ich bezpośrednich potomków. Ta sprawa jest wciąż żywa, zwłaszcza, że od powstania państwa Izrael, kraj ten przez cały czas walczy o przetrwanie.

      W trakcie TVNowskich i nie tylko dyskursów wielokrotnie padała teza, że nikt praktycznie nie mówi w Izraelu o ,,polskich obozach koncentracyjnych''  sugerując, że Polacy stworzyli (współtworzyli aktywnie) system masowej i zaplanowanej eksterminacji całego narodu żydowskiego. Był co prawda jeden taki... Ale to jakiś oszołom...

      Ten oszołom nazywa się Jair Lapid. I nie jest to bynajmniej ,,jakiś''.

      To niezwykle barwna postać, żołnierz, bokser, minister (finansów), dziennikarz, polityk, pisarz....

      Na dodatek bardzo przystojny. Ma obecnie 55 lat.

      Nie bardzo wierzę, że Jairowi Lapidowi coś odbiło. 

      Nie jest mym celem go bronić , bo on mi ani brat ani swat, ale wydaje mi się, że jego przypadek  pokazuje jak bardzo kwestie Holocaustu i odpowiedzialności zań są istotne dla znacznej części społeczeństwa żydowskiego (izraelskiego).

      Ojciec Jaira był węgierskim Żydem urodzonym w Nowym Sadzie w Wojwodinie (natenczas Jugosławia) jako Tomislav Lampel. Gdy miał 10 lat III Rzesza najechała Jugosławię. Dorastającemu Tomislavowi udało się przeżyć Holocaust, ale również dostać się w 1948 r do Izraela.

      Przez całe swoje życie walczył o pamięć o Holokauście. Podobnie jak jego syn, był barwną wielowymiarową postacią - sławnym (można by rzecz ,,kultowym'' dziennikarzem. Prasowym (związany był z Maariv - to trzecia pod względem poczytności gazeta hebrajskojęzyczna w Izraelu - ma mniej więcej dwukrotnie więcej czytelników, niż często u nas cytowany Haaretz). Jako polityk był liberałem zwalczającym ortodoksyjne partie i koalicje religijne (typu Szaas). Jako członek Knessetu był przewodniczącym komisji spraw zagranicznych, pełnił również rolę ministra sprawiedliwości (z wykształcenia był prawnikiem). 

      I teraz najistotniejsze: był związany z Instytutem Yad Vashem, pod koniec życia (zmarł 10 lat temu) przewodniczył radzie instytutu. 

      Wobec powyższego wydaje mi się, że ,,młody'' Lapid po prostu się wściekł, gdy dowiedział się o nowelizacji ustawy o IPN. Trudno mi uwierzyć, że gość nie ma dogłębnej wiedzy na temat Holocaustu i.t.d.

      Irasiad jest bardzo zdenerwowany (że zacytuję klasyka), trzeba z nim wyjść, ergo kończę wypociny...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (155) Pokaż komentarze do wpisu „Na marginesie nowelizacji jednej ustawy...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kosmata_morda_irasiada
      Czas publikacji:
      piątek, 29 czerwca 2018 22:24
  • środa, 09 maja 2018
  • niedziela, 01 kwietnia 2018
    • Wyspa nie całkiem bezludna.

      "Wyspa nie całkiem bezludna" miała być moją kolejną zabawą na Behemocie. Zacząłem ją pisać jesienią zeszłego roku, ale jakoś to pisanie się przeciągało. Nie wiem czy dokończę ten temat, bo moje plany mogą jedynie rozśmieszyć tego gościa, który zajmuje się okiełznywaniem nieskończoności. Chciałbym jeszcze chociaż ze dwa akty dodać; czy aż tak dużo wymagam? To się okaże.

      Anumliku, miałem nadzieję na Twoją recenzję...

      OSOBY I NIEOSOBY.

      On,
      Cień Onego,
      Czwartak,
      Masłow,
      Dziewczyna,
      Janusz,
      Karyna,
      Dżesika, Andżela,
      palma,
      chór Ar,
      kraby, małże, meduzy,
      Huragan Dick - jedno z wcieleń Ajolosa; również jako Głos.

      AKT PIERWSZY.

      Do pomostu, wysuniętego w głąb malowniczej zatoczki, cumuje hydroplan; wyładowuje się zeń czworo turystów. Na pobliskiej palmie siedzą rozleniwione upałem papugi.

      Chór Ar:

      Ot, ciekawie się zaczyna;
      czy to Janusz i Karyna?
      Drepcą przy nich dwie dziewusie;
      śliczne takie; pińcet plusie...

      Janusz:

      Sporo mamy tych bagaży...
      tu zostańmy - na tej plaży,
      Wpierw wykopiem se grajdoła;
      leżeć będziesz mogła goła,
      bo parawan dość wysoki;
      wejście będzie od zatoki...

      Po dłuższej chwili:

      Grajdoł całkiem jest udany;
      w porzo - nieco jestem zgrzany;
      gdzieś na jedno skoczę piwko.
      Nie masz pewnie nic przeciwko?

      Karyna:

      Ach te chłopy, łby zakute;
      przecież żeśmy last minute
      wzięli wyspę tę, bo cudna,
      rajska niby i bezludna.
      Ty nie szukaj mi tu paba;
      jak cię suszy - zjedz kebaba,
      popij kolą, zryw banana;
      niech się dobra dzieje zmiana,
      boś ty stale jest na bani
      i drzesz mordę, że ułani,
      że powstania, że husaria,
      a jak w kiblu jest awaria;
      przetkać rury nie ma komu;
      taki cyrk z patriotą w domu...
      Jak cię znam, to pierwsza zgrzewka
      dzisiaj padnie; stara śpiewka,
      że nie kocha nikt Janusza,
      twojej żony już nie wzrusza.

      J.:

      Dobra, zakończ swe bąmoty;
      pora stawiać te namioty...
      pod tą palmą dobrze będzie?

      K.:

      Jeśli widok masz na względzie,
      to jest tutaj bardzo ładnie,
      lecz czy coś na łeb nie spadnie?
      Robal śliski, kokos jaki...

      J.:

      Może tamte wolisz krzaki,
      w których pewnie diabeł czyha
      i dla niego tyś zagrycha
      niby precel, ot - do kawy...

      K.:

      Nie pieprz Pietrze, nie ma sprawy;
      ważne, żeby dwa tygodnie
      spędzić fajnie i wygodnie,
      byśmy komfort duży mieli,
      by Dżesice i Andżeli
      ich marzenia się ziściły,
      żeby szef był dla mnie miły,
      jak się o tych wczasach dowie...

      J.:

      Zobacz - jakie krabów mrowie;
      pełzną - żadnej nie ma przerwy...
      po cholerę nam konserwy;
      żarcia przecież tu po pachy;
      trzebić będę te watahy...

      K.:

      Rób co chcesz, lecz dla mnie kraby
      nic nie różnią się od żaby;
      uch - ja w życiu nie tknę tego;
      trza to lubić od małego...

      Andżela:

      Mamuś, co to tam się chmurzy?
      ja się bardzo boję burzy...

      K.:

      To, córeczko - jakaś mgiełka...
      wstań i podsuń mi pudełka;
      w nich jest mydło i ręczniki
      i zabawki dla Dżesiki.

      Janusz, do siebie:

      Mgiełka? Skąd? Już bardziej chmura,
      chociaż dziwna to struktura,
      dobrze widać ją z daleka...
      kształt ma jakby... no - człowieka:
      duży brzuch i krótkie nogi;
      zamiar żywić może wrogi?
      Lepiej, żeby to chmurzysko
      nie podeszło tu zbyt blisko...

      AKT DRUGI.

      Chór Ar:

      Och Janusze, och Karyny;
      skutki ważne czy przyczyny?
      Na tej wyspie czas się biesi;
      są wojacy, są prezesi...

      12.00 czasu miejscowego, po drugiej stronie wyspy. On budzi się i mruczy:

      On:

      Gdzie jest, kurde, moja kaszka?
      Oj - brakuje mi piętaszka...
      Wczoraj sago, dzisiaj sago
      i do tego to lumbago...
      Do cholery z taką dietą;
      pewnie z podłą tu wendetą
      do czynienia mam, a przecie
      jam gigantem jest w tym świecie;
      czemu nikt mnie tu nie szuka?
      To podobno żadna sztuka
      znaleźć teraz gdzieś człowieka...
      co się dzieje? Czas ucieka...
      sprawy zwłoki nie cierpiące,
      ja zaś tkwię tu dwa miesiące...
      gdzie ochrona? Plener dziki...
      Coś przeniosło mnie w tropiki
      nagle, nocą, bez mej zgody;
      nie mam chęci na przygody...

      Cień Onego:

      Cóż - wybiła już dwunasta,
      zatem postać ma wyrasta
      za plecami tego stwora
      i tak będzie do wieczora...
      Kiepski zaszczyt, wątła chluba
      być na co dzień cieniem czuba,
      co po wyspie się pałęta;
      wyspie, która jest przeklęta.

      On:

      O! Jest kaszka i banany,
      kokos świeży, chleb owsiany;
      czyżby po mnie już przybyli?

      Głos zza krzaka:

      Książę, wasza mość się myli;
      licho coś tu mocno miesza;
      nas tu więcej; liczna rzesza,
      którzy z czasów swych porwani;
      są poddani i tyrani,
      a wy może nasz Konstanty?

      On:

      Nie, dziękuję za prowianty,
      lecz jam z innej jest epoki;
      PiS kojarzysz? Srebrna, SKOKi...
      zbawiam wszystkich mych rodaków
      od Szczecina aż po Kraków,
      od Bałtyku aż po turnie...
      Różni knują w kraju durnie,
      dobrej mojej nie chcąc zmiany,
      lecz na szczęście są organy,
      a posłuszne wreszcie sądy
      dbają o to, by poglądy
      ludu zgodne z linią były;
      ja wypruwam sobie żyły,
      żeby to i tamto, żeby
      naród sycił swe potrzeby...
      Czemu chowasz się za krzakiem?

      Głos zza krzaka:

      Do czynienia masz z czwartakiem;
      zbawco wielki, jasny panie;
      w Polsce właśnie trwa powstanie.
      Wawer, Grochów, Dębe Wielkie;
      spadły z nóg kajdany wszelkie;
      kończy się narodu męka.
      Nikt przed carem już nie klęka,
      bo ojczyzna Bogiem dana
      wstała, aby zmieść tyrana...

      On:

      Naród, honor, bóg, ojczyzna;
      kto się na tym wszystkim wyzna...
      Skądżeś tutaj? Co się stało?

      Czwartak:

      Rękę chyba mi urwało;
      huk potężny, ćma dokoła,
      ktoś mnie szarpie, imię woła
      i wtem budzę się na piasku
      cały, zdrowy, przy tym lasku...
      Gdy przyszedłem już do siebie,
      to se myślę - jestem w niebie;
      niby raj, lecz jeść coś trzeba...
      Szukać zatem jąłem chleba,
      no i jakiej czystej wody.
      Nie czekałem tu gospody,
      widzę jednak - stoi szopa...
      Wchodzę, patrzę - ani chłopa,
      ani Żyda; nic, nikogo;
      w środku skromnie i ubogo,
      ale woda jest i spyża.
      Prędko czynię więc znak krzyża,
      zjadam wszystko, co na stole...
      Obok szopy ogród, pole,
      a tam też żywego ducha,
      nawet ptactwa - cisza głucha,
      aż po plecach przeszły ciarki...
      gdzie gospodarz, gdzie kucharki?
      A nazajutrz znów wyprawa
      i to samo - świeża strawa;
      wszystko dla mnie, myślę sobie,
      lecz me ciało przecie w grobie,
      skąd ten głód i to pragnienie?
      Nagle błysk, ból i wspomnienie,
      że z Moskalem brać się zmaga...

      On:

      Mój żołnierzu, twa odwaga
      jest bezsprzeczna, rajuś godny,
      ale wybacz, jestem głodny;
      uszczknę zatem tego jadła...
      Ta rebelia, wiesz - upadła;
      nie zawracaj sobie głowy...

      Czwartak:

      Co wy panie? Jam gotowy
      raj zostawić, w stare buty
      wejść i bronić znów reduty...

      On:

      Gdzie ta szopa? Bądźże szczery.

      Czwartak:

      Stąd, ja myślę - wiorsty cztery:
      najpierw wspiąć się trza na skały,
      potem przejść przez strumień mały,
      lasek obejść i bagnisko;
      i już całkiem będzie blisko,
      jeszcze tylko gaj palmowy...

      On:

      Daruj sobie... mam ból głowy;
      to wycieczka zbyt daleka;
      mnie potrzebna jest opieka.
      Może bliższe są konsumy?
      Wszak spotkałeś ponoć tłumy,
      ja zaś jestem sam jak kołek;
      gdzieś znalazłem tu kociołek,
      sól, zapałki, kaszy worek,
      matę, koce i toporek,
      lecz jak pies - nocuję w budzie...

      Czwartak:

      Tak, mój panie - są tu ludzie;
      wyspa wielka - liczne zony.
      Jeden sieje, zbiera plony,
      innym słowem - pracy szuka,
      drugi płacze, jęczy, fuka;
      na wygnanie wciąż narzeka...
      Wszystko w rękach jest człowieka.
      Jeden życie swe naprawi,
      drugi czeka, aż kto zbawi;
      każdy to ma, co zasłuży...

      On:

      Życie tutaj strasznie nuży;
      Tam czekają mnie rodacy;
      Polskę zmieniam - tyle pracy,
      a tu gnić mam na urlopie?
      Ha! Mam pomysł - słuchaj chłopie:
      sprawa twoja już przegrana,
      przyda ci się więc odmiana:
      szefem mojej będziesz warty.

      Czwartak:

      Panie, chyba to są żarty;
      czego wasza mość się boi?
      Wielki cień za wami stoi.
      Na tej wyspie nie ma zwierza...

      On:

      Szelest słyszę - ktoś tu zmierza,
      czyli sprawa jest otwarta...
      Postać mroczna i obdarta
      wolno ciężkie stawia kroki;
      z jakiej może być epoki?

      Czwartak:

      On ma w sobie coś z Moskala;
      taki mundur poznam z dala;
      forma, kolor i pagony...
      znam go: Masłow - wciąż zdrożony
      wieczny tułacz* - los ponury;
      rozkaz z samej przyszedł góry...

      On:

      Za cóż tak nakazan srodze?

      Czwartak:

      Mówią, że to ku przestrodze;
      kto dworuje sobie z cara,
      tego straszna spotka kara.

      On:

      Z Miszki robił sobie jaja?
      Mam sympatię do hultaja...

      Czwartak:

      Jurij **- imię tego gada...

      On:

      Ten przywódca, to żenada,
      więc nie dziwi z niego drwina;
      nie dorasta do Putina...

      Masłow:

      Putin? Cóż za postać nowa?
      Nowa dla mnie - dla Masłowa;
      Lenin, Stalin - jasna sprawa;
      przy nich wielka ta dzierżawa
      u potęgi była szczytu.
      W trakcie mego tu pobytu
      wielka, słyszę - zaszła zmiana.
      działa ponoć znów ochrana,
      a i Cerkiew wiele znaczy.
      Moskwa miastem jest bogaczy,
      lud o złotej marzy śwince,
      i kitajcy już w głubince.
      Gwiazda krasna całkiem zbladła...

      On:

      Bo to kwestia jest wahadła:
      jedna strona - druga strona;
      biała raz, a raz czerwona...
      Tak to się na świecie plecie.
      Ważne głównie ecie-pecie;
      każdy jakieś ma rachunki...

      Masłow:

      Wy sąsiedzi, lecz stosunki
      nie są dobre między nami,
      choć zdarzały się czasami...
      ale zawsze polskie pany
      Kremla chciały - fakt ten znany
      jest powszechnie w każdym calu...

      Czwartak:

      Łżesz bezczelnie, łżesz Moskalu;
      kto agentów swych w Warszawie
      od stuleci dwu już prawie
      na widecie trzyma stale?

      On:

      Odpuść Czwartku, próżne żale;
      to zaszłości, bo na Boga
      my wspólnego mamy wroga...
      Zgadzasz ze mną się Masłowie?

      Masłow:

      Ja odpowiem tak: w połowie
      rację macie - wy paliaki,
      chociaż zamiar wasz dwojaki;
      W Kremlu być i też w Brukseli
      dalej pewnie byście chcieli;
      to nieufność ruskich budzi;
      jak was nazwać - takich ludzi?

      Czwartak:

      Wyście też nie od macochy...

      On:

      Jasne - kończyć pora fochy;
      wespół weźmy się do pracy:
      i czwartacy i tajniacy,
      gdy lewactwo grozi światu...
      Dajmy draństwu do wiwatu.

      Czwartak:

      Czyli komu - wielki panie?

      On:

      Już mówiłem - wokół dranie,
      którym program mój niemiły;
      wrogie w nim obnażam siły...

      Masłow:

      W sumie jakieś są konkrety?
      Hasła... treści brak niestety;
      jak się bić, to w jasnym celu.
      Wodzów takich znam ja wielu,
      co - by ulżyć swej wątrobie,
      własne w centrum stawią fobie,
      a gdy potem grzmią armaty;
      mówią: trudno, mat', lecz straty;
      rzecz normalna w każdej wojnie;
      potem będzie znów spokojnie...
      Polsza - czy to pępek świata?
      Los wam nieraz figla spłata;
      więcej trzeba by pokory...

      On:

      Chrzanisz Masłow - wszak rozbiory,
      to nie Polski przecież wina...

      Masłow:

      Któż się w tę historię wcina?
      Sąsiad: jeden, drugi, trzeci...
      nie Hiszpanie, nie Helweci,
      tylko Ruscy, Niemcy, Szwedzi.
      To najbliżsi wam sąsiedzi...
      każda z nacji dla was wroga,
      bo wy zawsze - w imię Boga;
      on po waszej ma być stronie,
      choćby kraj w anarchii tonie,
      ku przepaści bystro zmierza...
      Lach nikomu nie dowierza;
      bitka ważna, ważna draka...
      Który honor dla czwartaka?
      Śmierć w powstaniu, czy zesłanie?

      Czwartak:

      E... tam, głupie to gadanie;
      obce takie mi wybory,
      co do których jam nieskory.

      Masłow:

      Wyspa patrzy, wyspa słucha;
      dotąd miałem cię za zucha;
      porzuć wszystkie dawne lęki
      albo ockniesz się bez ręki
      na przedpolach swej Warszawy...

      Czwartak:

      Los jest dla mnie zbyt łaskawy;
      czy ta wyspa to zaświaty?
      Zawsze chciałem pójść w sołdaty.
      Służyć Polsce - święta sprawa.
      Nie wiem jednak: czy to jawa,
      sen śmiertelny - czy majaki?

      On:

      Zbyt realne są te krzaki...
      serio też mi burczy w brzuchu...
      Masłow - jestem na podsłuchu?

      Masłow:

      Pan w historii nic nie znaczy;
      żywot wiedzie pan próżniaczy,
      ale Wyspa szansę daje;
      takie tutaj są zwyczaje...

      Czwartak:

      Komu Masłow zatem sługa?

      Masłow:

      To opowieść nazbyt długa
      dziś wam pewnie trudno będzie
      czoła stawić mej gawędzie***;
      innym razem, w innej porze
      znów spotkamy się być może,
      choć tu czas się dziwnie toczy...

      On:

      Powiedz Masłow prosto w oczy:
      będzie pomoc z twojej strony?

      Masłow:

      Nie jest wierny, kto kupiony,
      jak już prawił był Seneka...
      idę - podróż długa czeka;
      wyjścia nie mam - los wymaga...

      wychodzi...

      On:

      Znów spotkała mnie zniewaga,
      ale niech tam - mam czwartaka.

      Czwartak:

      Panie, służba tu nijaka;
      w moje pragnę wrócić czasy.

      On:

      Czuję, że to kwestia kasy;
      ja zapłacę ci sowicie.

      Czwartak:

      Coś wy, panie, mi kręcicie;
      gdzie ten skarbiec, mieszek złota?
      Przecie wokół jest lichota.
      Moskal wróg, lecz słusznie gada;
      wszędy knucie, wszędy zdrada,
      bo nam tak wmawiają wodze?
      Mnie tam z wami nie po drodze.
      Żyć chcę z Panem Bogiem w zgodzie,
      waść zaś palcem mi na wodzie
      kreślisz swe szalone plany.

      On:

      Bredzisz Czwartku jak pijany.
      Przyszłość daję ci świetlaną;
      zwiąż się z moją dobrą zmianą;
      sława, chwała i honory
      spłyną na cię od tej pory;
      już od dziś - do końca świata...

      Czwartak:

      Ech, wątpliwa to zapłata...
      czcze są wszystkie wasze słowa.

      On:

      Dobry Czwartku - twa odmowa
      wielką dla mnie będzie szkodą,

      Czwartak:

      Patrzeć tylko za nagrodą?

      wychodzi...

      On:

      Czemu nikt mnie tu nie szuka?
      Ponoć żadna to jest sztuka...
      Gdzie turyści, gdzie sąsiedzi?
      Nikt nie węszy, nikt nie śledzi?


      AKT TRZECI.

      Chór Ar:

      Wszyscy mocno są ciekawi
      kto się w akcie trzecim zjawi;
      Janusz pewnie i Karyna...
      zmierza jednak tu Dziewczyna...

      Dziewczyna:

      Piękny dzisiaj mamy ranek;
      kwiatki zbiorę, zrobię wianek.
      Lekko, zwiewnie na dół spłynę;
      znajdę chyba tu ścieżynę...
      Widzę z dala grill na plaży,
      węgiel jednak się nie żarzy,
      żadne się nie snują smogi;
      widok dziwny - wręcz złowrogi...
      chaszcze obok, gęstwa, krzaki
      i balangi smutne znaki.
      Puszki, śmieci sterty, pety,
      no i jakiś trup niestety...
      nie - on dycha, nawet stęka;
      skąd ten ból i ta udręka?

      Janusz:

      Skąd? Kto pyta? Jezu, głowa...
      impra zwykła; no...plażowa;
      trunków uszczklim my zapasy,
      ale są to przecież wczasy...
      Ty nie jesteś mą Karyną...

      Dziewczyna:

      Nie, jam słynną jest dziewczyną
      od motylka i baranka,
      co nie chciała mieć kochanka,
      różnych nie chcąc także figli,
      lecz poeci nie dość ścigli:
      Juliusz, Cyprian, Jerg, Wincenty;
      mówią o nich, że talenty;
      nie dostrzegli tu problemu.
      Adam jeden... tylko jemu
      wdzięcznam wiecznie za istnienie...

      Janusz:

      Adam... straszne mam pragnienie;
      wszystko dam za zgrzewkę wody...
      słuchaj; cóż to za podchody?
      Żona tu i dziatek parka...
      Sięgnąć muszę po browarka,
      bo mnie suszy od wieczora.

      Dziewczyna:

      Ech - Sodoma i Gomora...
      Spadam stąd - to frajer płytki;
      jemu we łbie tylko zbytki...
      On nie tęskni, on nie czeka...

      Janusz:

      Znów opada mi powieka...

      Karyna:

      Cóż ty bredzisz ranną porą?
      Czy z pijacką walczysz zmorą?
      Chrapiesz strasznie, zbudzisz dzieci;
      wstańże wreszcie - wyrzuć śmieci.

      Dziewczyna:

      Nic tu po mnie; żona czuwa...
      Dalsza czeka mnie harówa;
      frunąć znów nad Wyspą muszę,
      bliską znaleźć aby duszę...

      frunie...

      Janusz - do siebie:

      Zmora, ale nie maszkara;
      dość seksowna senna mara...
      z drugiej patrząc jednak strony:
      skąd badylek ten zielony
      na poduszce przy mej głowie?
      Wszak tu inne jest listowie...

      Karyna:

      Rusz się stary; zgodnie z planem
      dziś kolacja jest z szampanem,
      nocą kąpiel całkiem nago
      i na koniec figo-fago...

      Janusz:

      Taa... pamiętam - jest w pakiecie.

      Karyna:

      Wrzuć do śmieci zwiędłe kwiecie;
      przecież tego worek cały;
      chyba to krasnale rwały,
      no bo ty żeś padł jak betka;
      jedna setka, druga setka,
      piwa cztery potem puszki...
      łeb ci przylgnął do poduszki;
      żadnych pieszczot i czułości.
      Słusznie, że się żonka złości?

      Janusz:

      Rany... pierwszy dzień i siara,
      bo nie było bara-bara;
      stres, Karyno - znasz to słowo?
      Wszystko widzisz na różowo.

      Karyna:

      Nie, na ogół świat jest szary,
      lecz się po to łączym w pary,
      by znajdować barwy tęczy,
      ale widzę - kac cię dręczy;
      pośpij jeszcze dwie godziny
      i na łono wróć rodziny.

      Andżela:

      Mamuś, chodźmy już nad morze...

      Karyna:

      Dobrze, tata zaś w śpiworze
      chrapnie jeszcze, bo jest chory;
      piwne męczą go upiory...
      wkrótce do nas też dołączy,
      gdy się z snu wyplącze pnączy.

      Janusz w półśnie:

      Chmurę widzę w dziwnym tańcu...
      onaż sama, co na krańcu
      wyspy dzień po dniu nas straszy;
      ktoś nawarzył widać kaszy
      i z tym teraz się boryka;
      coś na końcu mam języka,
      ale myśli sen mi pęta;
      skręta mi brakuje - skręta...

      Cień Onego:

      Spoko stary, nie bój żaby;
      cień jam jeno... On jest słaby;
      mocny bywa tylko w pysku.
      Bosy znalazł się na rżysku;
      żyć nie umie bez lokaja.
      Zawsze służby była zgraja,
      aż tu nagle los sierocy...
      jak się obyć bez pomocy?
      Ni kucharki, ni ochrony,
      wróg zaś z każdej czyha strony...
      On następcy pilnie szuka;
      syna nie ma, nie ma wnuka,
      za to liczne miewa fobie,
      ciebie więc upatrzył sobie;
      wcześniej; jakiś czas już temu.
      Godnie żyjesz, po bożemu
      i sarmackie masz przymioty.

      Janusz:

      Ja Sarmatą? Boże złoty...
      Daję słowo, nie wiem czego
      ty ode mnie chcesz... kolego...
      dziatek parkę mam i żonę...
      ducha zaraz tu wyzionę,
      jeśli nie wypiję klina...
      była jakaś też dziewczyna
      tuż przed tobą... czegoś chciała...
      z wiankiem w ręku; biała cała...

      Cień Onego:

      Wyspa patrzy, wyspa słucha;
      rozważ: świetna to jest fucha,
      tyżeś wzorem jest patrioty.

      Janusz:

      Oj, przeczuwam już kłopoty...
      Co tu wyspa ma do rzeczy?

      Cień Onego:

      Zmienić może los człowieczy,
      czas odwrócić - wręcz ad ovo;
      godne czasem starczy słowo:
      mea culpa - moja wina...
      Tyś jak granit jest, czy glina?
      Dźwigniesz ciężar na swe barki?

      Janusz:

      Chodzą mi po plecach ciarki;
      kit mi wciskasz, kit - mój bratku;
      przecież jestem tu z przypadku;
      last minute - jarzysz chłopie?
      Myśmy są tu na urlopie;
      dziatek parka jest i żona;
      nie rób zatem mnie w balona;
      znikam stąd za dwa tygodnie.

      Cień Onego:

      Może najpierw wskoczysz w spodnie;
      tron masz przejąć; nie wypada
      w gaciach rządzić - to żenada;
      włóż więc coś tam: rurki, dzwony...

      Janusz:

      Nie mam chyba... spytam żony,
      a nie mogę rządzić w dresie?

      Cień Onego:

      Co by myśleć o prezesie,
      że nadęty jest i nudny;
      ceni jednak strój on schludny;
      dres mu ledwo się kojarzy...

      Janusz:

      Dyć nie sądzi nikt cesarzy;
      taki może chodzić goły,
      stać na głowie, miewać fioły,
      a i tak mu rosną słupki...

      Cień Onego:

      Myślisz - czubki, myślisz - głupki,
      co na Onych dają głosy?
      Dla nich krzyże, dla nich stosy,
      miłą są historii stroną.

      Janusz:

      Ja z Karyną muszę - z żoną...

      cdn.

      _________

      * Masłow padł ofiarą intrygi wewnątrz KGB i został zdegradowany. Dodatkową karą dla niego była inspekcja posterunków granicznych, której miał dokonywać poruszając się swoim starym, wysłużonym zaporożcem. Koszty paliwa i części zamiennych były zwracane tylko częściowo. Po kilku latach, kiedy ten jego rzęch zupełnie się rozsypał, Masłow zmuszony był już przemieszczać się pieszo wzdłuż granic imperium. Jego zaniedbany wygląd i stale obecne antysemickie nastroje w byłym ZSRR - spowodowały, że stawał się często celem chuligańskich ataków. Legenda ludowa utożsamiała go z Ahaswerem. W końcu znalazł się był na Wyspie. Pozostało mu jednak przyzwyczajenie do dalekich spacerów.

      ** Jurij Andropow.

      *** W opracowaniu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (251) Pokaż komentarze do wpisu „Wyspa nie całkiem bezludna.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2018 00:37
  • niedziela, 04 marca 2018