Kot Behemoth i Przyjaciele

Wpisy

  • poniedziałek, 07 sierpnia 2017
    • Rękopis znaleziony w Kancelarii...

      Fragmenty.

      ADORACJA.

      Twój blask, promienistość, poświata;
      jak płomień, co suche listowie
      w upalne ogarniał był lata;
      pożary roznieca w mej głowie.

      Ruiny zostawia i zgliszcza,
      a myśli, spłoszone gdzieś w kątku,
      wypala, spopiela, wyniszcza
      i czuję się wtedy w porządku.

      MOJE FANTAZJE.

      Brew marszczy, paluszkiem też kiwa,
      więc włosy poprawiam w pośpiechu
      i biegnę, bo kiedy on wzywa,
      to nie jest - z pewnością - do śmiechu.

      Z trybuny triumfalnie ogłaszam,
      że partia szeregi swe zwiera;
      choć potem notatki swe zraszam,
      precyzję mieć muszę snajpera.

      Pomylić się nawet choć troszkę
      nie mogę, gdyż w ziemię mnie wdepcze,
      zabierze i zniszczy mi broszkę,
      zagryzie, krew całą wychłepcze.

      Bezwładne me truchło porzuci,
      wyschnięte, wyssane do kości;
      na pastwę podjadków turkuci
      i innych podobnych im gości.

      Lub takiej on podda mnie próbie:
      nogami powiesi do góry
      i oczy starannie wydłubie,
      a potem obedrze ze skóry...

      Gdy kiedyś wylecę z roboty,
      do B. wnet powrócę z ochotą;
      stracone wspominać pieszczoty,
      za miłym by tęsknić despotą.

      SEN.

      Sen miałam, że przerżnął mnie piłą,
      a duch mój jęczący w udręce
      nad skromną się nosi mogiłą,
      by świadczyć, że zeszłam ja w męce.

      I w śnie tym przechodzień napruty,
      przez cmentarz błądzący o brzasku,
      swój plecak zdejmuje i buty,
      a potem się wiesza na pasku.

      W ostatniej dosłownie wręcz chwili,
      tchem słabym wisielec gdy chucha,
      z bukietem złożonym z żonkili,
      przeciętna się zjawia dziewucha.

      Nóż w ręce; fachowo przecina
      ten pasek, rzucając żonkile;
      przedstawia się: jestem Halina;
      on rzężąc tłumaczy zawile.

      Że Jontek on i na gór szczycie
      znów zawód przeżywał miłosny,
      że w dupie ma całe swe życie,
      bo w tle wciąż te owce i sosny...

      Że chciałby się sprawdzić w biznesie,
      lecz dziwne są wokół układy
      i nawet gdy pasie jest w stresie;
      psychiczne ma widać blokady.

      Mu na to odpowie dziewczyna:
      twe, Jontku, cierpienia skończone;
      nie zwykła ja jestem gaździna,
      lecz żeński jam don Corleone.

      Pójdź ze mną juhasie - rzuć bacę;
      rozrywki odżałuj na hali
      i ze mną ty nawiąż współpracę;
      wnet gwiazdą się staniesz seriali.

      Kontakty dosłownie mam wszędzie;
      intratne załatwiam posady,
      gdy znaleźć ktoś chce się w urzędzie
      lub też do nadzorczej chce rady.

      Gabinet - to moja robota
      i chrzestną jam jego jest matką;
      w co drugim resorcie idiota,
      na czele z wrzaskliwą furiatką.

      Wódz sądzi, że własne ma zdanie,
      że służbę starannie dobiera,
      lecz Jontku - odpowiedz kochanie:
      czy wiesz jak się robi premiera?

      Przypadkiem palnęłam - dla hecy,
      że ktoś dlań omdlewa z zachwytu,
      więc wezwał do swojej fortecy
      istotę wypełzłą z niebytu*.

      W wierności jest cała jej siła,
      a reszta - to olej i flaki,
      kaszana, syf, kiła, mogiła,
      stąd krzykiem nadrabia swe braki.

      Na każde gotowa skinienie;
      jak inni tyrana lokaje,
      gorliwie obślinia pierścienie
      i co tam on jeszcze podaje.

      Przeze mnie być musi sprawdzony,
      kto dostęp chce dostać do żłobu,
      lecz przed nim wybija pokłony,
      bo nie ma innego sposobu.

      Jak dotąd - satrapa mi wierzy;
      w mej gestii państwowe są sprawy;
      "Konsulting H.Ż**. i Partnerzy"
      najmniejszej nie wzbudza obawy.

      Kim jestem naprawdę - nie jarzy,
      lecz może już wkrótce się dowie;
      uśmieszek wnet zniknie mu z twarzy
      i włosy się zjeżą na głowie.

      Stopniowo go wpuszczam w maliny,
      bo zemsta smak przecież ma słodki,
      a w ramach wspierania rodziny
      co miesiąc podsuwam mu schodki.

      Wyznawców dość liczna jest grupka,
      co mówcę tym bardziej podnieca,
      i wrzeszczy tam niczym przekupka;
      paliwa dorzuca do pieca...

      Młodzieniec, ton słysząc łaskawy,
      powoli dochodzi do siebie;
      wciąż nie wie, czy głos ten od zjawy,
      bo czuje się, jakby był w niebie.

      Namiętnie całuje jej dłonie,
      choć Halka nieśmiało się wzbrania;
      nic nie wie, gdyż był na wygonie,
      więc chętnie wysłucha wyznania.

      Gaździna z wewnętrznej potrzeby
      opowieść swą dalej rozwleka:
      tak mocno pragnęłam, ażeby
      draniowi zadrgała powieka.

      Albowiem dorosłe me życie,
      to zemsty historia prawdziwa;
      dzieciństwo spędziłam w Madrycie
      w hiszpańskiej rodzinie, szczęśliwa.

      Przeróżne poznałam kultury;
      pół świata zwiedziłam w zasadzie,
      lecz zawsze ciągnęło mnie w góry;
      najlepiej się czułam w Grenadzie.

      Niestety tragiczny wypadek
      rodzinne przekreślił wycieczki...
      pokaźny pozostał mi spadek;
      aktywa, archiwa i teczki.

      Gdy prawdę poznałam o sobie,
      w depresji znalazłam się prawie;
      po niemal dwuletniej żałobie,
      mieszkanie kupiłam w Warszawie...

      Hiszpanki cytuję wspomnienie:
      "Kapliczka przy małej uliczce;
      mój zachwyt i nagle... kwilenie;
      niemowlę płaczące w kapliczce.

      To dziwne; gościnne Podhale,
      turystki nikt jednak nie wita;
      w lipcowym błądziłam upale,
      a wioska deskami zabita.

      Uważne spojrzenie dokoła,
      lecz cisza, bezludne podwórka,
      nikt dziecka nie szuka, nie woła,
      więc będzie hiszpańska to córka.

      W koszyku przy dziecku butelka
      i list, a właściwie karteczka:
      Nadzieja wygasła już wszelka,
      a śmierć, to jedyna ucieczka.

      Do siebie wziąć miał, do stolicy;
      naiwną usidlił góralkę;
      małżeństwo obiecał w łożnicy,
      po nocy wyrzucił jak lalkę...

      Tęskniłam... pogoda deszczowa...
      przed bramą wstrzymała mnie warta;
      jałmużnę mi rzucił i słowa,
      że nie chce wiejskiego bękarta.

      Dziecina, niewinna istota,
      przy lepszej powinna być matce,
      bo mnie już zniszczyła zgryzota;
      cóż światu po takiej wariatce...

      Wzruszona, list łzami skropiony
      drżącymi złożyłam rękoma;
      w ojczyste wróciłam swe strony,
      ciężaru wziętego świadoma...".

      To dziecko... Halina powiada;
      na Jontka z ukosa spoziera
      i twarz jej się zmienia - jest blada
      i nos też co chwilę wyciera.

      On głodny - dziewczyna nadaje
      dwie chyba godziny z nadmiarem;
      przed oczy uparcie mu staje
      oscypek z chłodzonym browarem...

      A jednak uważnie jej słucha
      i w oczy zagląda jej czule,
      choć burczy mu w głębi gdzieś brzucha,
      choć męczą głodowe go bóle.

      Oboje przypadkiem złączeni,
      oboje tak całkiem są różni,
      oboje swym życiem znużeni,
      oboje są komuś coś dłużni.

      Opowieść się snuje bez końca,
      więc juhas uderza w kimono;
      jej tors go osłania od słońca,
      pod głową sprężyste ma łono.

      Nerwowo mu czasem drga grdyka;
      w ostatnim się widzi wypasie,
      gdy kierdel po hali pomyka,
      a on ekscesuje w szałasie...

      By w życie móc wcielić swe plany,
      wkraść w jego musiałam się łaski;
      to jakby przytulać kajmany
      lub nocą w ruchome wejść piaski.

      Na pierwsze przybyłam spotkanie;
      tożsamość, rzecz jasna, zmieniona...
      on wchodzi: niechlujne ubranie,
      przy boku podwójna ochrona.

      Wzrok dziki i oko przekrwione;
      paluchy podaje w przelocie,
      przedstawia się: jam Al Cafone
      i cały się skręca w rechocie...

      Gdzie matka nieszczęsna więc twoja;
      tu Jontek zbudzony zapyta;
      prześliczna, jak mówisz, dziewoja;
      takiego spotkała afryta?

      I dla mnie to będzie zagadką,
      co w matki mej działo się głowie;
      niewinną wszak była dzierlatką;
      Halina mu na to odpowie.

      Przysięgłam, że łajdak skończony
      za niecne postępki zapłaci
      i skończy - jak kończą bufony:
      na placu się ocknie bez gaci.

      Prześcigać się będą wielmoże
      w pochwałach, że piękne ma szaty
      i w tivi dyskusja rozgorze;
      o szatach się zaczną debaty.

      Aż jakiś małolat ze szkoły
      wybiegnie i nagle się zdumi:
      słuchajcie - ten gostek jest goły
      i całkiem podobny do mumii...

      Ktoś fakty te kiedyś pozbiera,
      dramatem góralki się wzruszy
      i piękna się zrodzi opera;
      Januszów sumienia poruszy.

      JAWA.

      Sen pękł był i zmora opadła
      z mych piersi, gdy świt nadszedł szary;
      zginęły, przepadły widziadła;
      skąd takie się wzięły koszmary?

      Nieznana mi tego przyczyna,
      więc w  pewnym zbudziłam się szoku,
      bo, niczym beztroska dziecina,
      z reguły zasypiam na boku.

      Dziś zimne oblały mnie poty
      i nieco zdrętwiały mi członki;
      być może gastryczne kłopoty;
      najpewniej z powodu golonki.

      Nic zatem, żem mokra jest cała,
      a żar już znów leje się z nieba;
      znów twarda być muszę jak skała;
      nie służę mu przecież dla chleba.

      Kanalie zdradzieckie wciąż knują
      za euro, dolary i szekle;
      powrócić do władzy próbują,
      a w końcu usmażą się w piekle.

      ADORACJA.

      Tyś anioł, pokoju gołąbek,
      a ja - jak to puste naczynie...
      pochłaniam więc z siłą stu gąbek
      cokolwiek, co z ust Twych wypłynie.

      Świat wokół napełniasz swą mocą,
      myśl Twoja zapładnia ugory
      dniem jasnym, w południe i nocą,
      bo wolne masz tylko wieczory.

      PS.

      Nie jestem specjalnie przejęta
      tym Jontkiem i dziwną tą Halką,
      lecz myśl mi się w głowie pałęta,
      że moją jest chyba rywalką.

       



      _________________________

      *   Zbieżność "istoty wypełzłej z niebytu" z Królową Koluszek (http://kowalczyk.blog.polityka.pl/2016/12/30/szopka-noworoczna-w-krainie-podknutkow/) jest zupełnie przypadkowa.
      **  Ana Junquillo (nazwisko przybranych rodziców) zmieniła się w Halinę Żonkilankę za sprawą @anumlika.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (430) Pokaż komentarze do wpisu „Rękopis znaleziony w Kancelarii...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 sierpnia 2017 00:35
  • niedziela, 04 czerwca 2017
    • 6 tygodni przed 6 dniami, które wstrząsnęły Bliskim Wschodem

      Pięćdziesiąt l lat temu.

      Połowa maja.

      Nadchodził wieczór.

      Trzy Mirage IIIC z błękitnymi sześcioramiennymi gwiazdami na skrzydłach patrolowały wschodnią część Morza Śródziemnego.

      Powoli kierowały się ku wybrzeżom Izraela.

      Jednak coś spowodowało, że patrol przedłużono.

      Lewy z trójki myśliwców zaraportował, że od strony Cypru nadlatują cztery niezidentyfikowane samoloty.

      Klucz skierował się na północ w kierunku nadlatujących samolotów.

      Piloci jeszcze nie widzieli, że samoloty mają na skrzydłach białe koła z grubym czerwonym brzegiem i czarną kropką w środku. Ale widzieli już, że  trzy z nich były myśliwcami typu Mig19. Czwarty był większy. Musiał kogoś lub coś przewozić. Coś lub kogoś ważnego.

      Samoloty zbliżyły się. Pilot środkowego Mirage’a zauważył znaki na skrzydłach.

      Dał znać pozostałym. Wrócili do domu.

      Po wylądowaniu zameldowali o ważnym locie samolotów najpewniej egipskich. Teoretycznie Jemen miał te same znaki co Egipt, ale obecność klucza jemeńskich samolotów w tym miejscu była mało prawdopodobna.

      Mieli rację.

      Samoloty były rzeczywiście egipskie, a wiozły nie kogo innego, tylko wiceprezydenta Egiptu Anwara al Sedata. Na dodatek Sadat miał informacje, które wiózł z Moskwy i które miały w najbliższych dniach wstrząsnąć Bliskim Wschodem na długo.

      Politolodzy przez wiele lat zastanawiali się, czy informacje przekazane Sadatowi przez Siemionowa - wiceministra spraw zagranicznych ZSRR, to było zwykłe ,,chlapnięcie’’, czy zamierzona niedyskrecja.

      Trochę dziwne, że Sadat nie rozmawiał z ministrem Gromyką, a z wiceministrem Siemionowem. Sadat był dla ZSRR dość ważny. Prawie jak Naser, przynajmniej długoletni współpracownik i przyjaciel, a także obu Izrael oskarżał, a Brytyjczycy podejrzewali, że w czasie II Wojny Światowej flirtowali z lokalną ekspozyturą Abwehry.

      To mogłoby sugerować, że niedyskrecja była zamierzona, bo Gromyko - to było wielkie nazwisko. Gromyko nie zniżałby się do takich zagrywek.

      Wiele lat później okazało się, że ca trzy tygodnie wcześniej w pewnym gabinecie w centrum Berlina Wschodniego spotkało się trzech starszych jegomościów.

      Gospodarz mial niewielką bródkę i okulary, poza tym niczym się nie wyróżniał. Jeden z przybyszów miał gęste charakterystyczne brwi i sporą tuszę, drugi był chudy, łysy i w okularkach i lekko kulał i najchętniej chodził w obuwiu ortopedycznym, a w domu używał go zawsze.

      Rozmowa była długa, ale jeden krótki moment może być dla nas interesujący.

      W pewnym momencie Krzaczastobrewy zwrócił się do pozostałych w te słowa:

      - Wiecie co towarzysze? Wrzucimy Wujowi Samowi jeża w gacie.

      Dwaj pozostali spojrzeli po sobie. Wiedzieli, że Krzacastobrewy bardzo lubi to powiedzonko wymyślone przez jego poprzednika przy okazji tzw. kryzysu kubańskiego.

      A on wyciągnął papierośnicę i usiłował ją otworzyć. Nie udało mu się to, bo ta papierośnica była specjalnie dla niego skonstruowana i miała tę właściwość, że od jej zamknięcia do ponownego otwarcia musiały upłynąć 3 kwadranse. Miało to ograniczać palenie właściciela, który był zresztą nałogowym palaczem.

      Krzaczastobrewy zaklął.

      - Iljiczu, zaczął nieśmiało chudy łysiejący…

      - Powiem o co chodzi. Za dwa miesiące usuniemy USA z Bliskiego Wschodu. Mała niedyskrecja…

      Tu roześmiał się ponuro.

      By nie było niejasności powiedzmy, że rozmawiali Breżniew, Gomułka i Ulbricht.

      I tu możemy opuścić to zgromadzenie i przenieść się  do Kairu trzy tygodnie później.

      Sadat wylądował i niezwłocznie udał się do Nasera i poinformował go, że ma informacje od radzieckich towarzyszy, że Izrael mobilizuje 12 brygad i kieruje je na granicę syryjską.

      I zaczęło się.

      Egipt był związany sojuszem z Syrią, więc musiał zareagować.  Choć rewelacje przywiezione przez Sadata były fałszywe.

      Oczywiście praktycznie od zawsze granice Izraela spokojne nie były.

      Od powstania Izraela i rozejmu zawartego z jego sąsiadami praktycznie zawsze z Egiptu, Syrii, czy Jordanii przenikali do Izraela fedaini, którzy prowadzili akcje sabotażowe - tylko do roku 1954 było ponad 1500 przypadków wysadzenia elementów izraelskiej infrastruktury energetycznej i wodnej. W 1959 roku w Kuwejcie powstała organizacja Al Fatah (al fath - podbój) która w swojej ,,konstytucji’’ wskazywała jako cel zniszczenie Izraela. O żadnym arabskim państwie nie było mowy.

      Podobnie zresztą było z powstałą 5 lat później OWP.

      Od czasu do czasu miały mejsce regularne operacje wojskowe.

      Formalnie zresztą, od 1948 roku Izrael był w stanie wojny z sąsiadami.

      Wszystkimi.

      Z Syrią i Libanem jest zresztą do dziś.

      Ale to tematy na osobne opowieści.

      Nie wiemy, czy 13 maja 1967 Naser i Sadat uwierzyli w rewelacje Siemionowa. Tak naprawdę niektóre źródła podają, że rewelacje te ,,sprzedał’’ Sadatowi nie Siemionow, a Podgorny - przewodniczący Rady Najwyższej ZSRR.

      Jedno jest pewne.

      Obaj i nie tylko oni w Egipcie cierpieli z powodu upokorzenia sprzed 11 lat. I czekali na stosowny moment na rewanż.

      Wtedy przecież Izrael osiągnął dokładnie to co chciał. A Egipt co prawda znacjonalizował kanał Sueski, ale była to militarna porażka. Izrael zajął Gazę i kawał Synaju, a potem - fakt - wycofał się, ale uzyskał odblokowanie cieśniny Tiran i zatoki Akaba, a co za tym idzie nieskrępowany dostęp do portu Ejlat.

      Egipt musi odzyskać kontrolę na Tiranem.

      W tym celu, generał Fawzy - naczelny dowódca wojsk egipskich zażądał wycofania z Synaju wojsk ONZ, a prezydent Naser zarządził mobilizację. Po konsultacji z ONZ Sithu U’ Thant sekretarz generalny ONZ zgodził się na wycofanie wojsk z Synaju.

      To co prawda temat na osobną opowieść, ale dla lepszego zrozumienia ówczesnej sytuacji może warto o tym opowiedzieć teraz.

      Otóż dowódca UNEF na Synaju gen. Rikhye po liście Fawzyego skontaktował się z ONZ, w następstwie czego U’Thant podjął negocjację z izraelskim ambasadorem Gideonem proponując rządowi izraelskiemu przegrupowanie sił UNEF na drugą tj. izraelską stronę granicy.

      Izrael odmówił.

      Obecność wojsk UNEF po stronie izraelskiej nie chroniła cieśnin Tiran przed egipską blokadą, a to było kluczową sprawą dla Izraela. Oczywiście gdyby Izrael się zgodził, to ONZ mogłoby sobie przypisać sukces w walce o utrzymanie pokoju na Bliskim Wschodzie.

      W przeszłości było już tak, że ONZ nie reagowała na skargi Izraela, gdy Egipt blokował tę drogę wodną.

      W dodatku Izrael praktycznie od zawsze traktował ONZ jako organizację ewidentnie stronniczą de facto popierającą kraje arabskie/muzułmańskie. Kiedy po pierwszej kampanii arabsko-izraelskiej ponad pół miliona Arabów znalazło się poza granicami Izraela.

      Z drugiej strony przed rokiem 1948 w krajach arabskich mieszkało od 850 tys. do 1 100 tys. Żydów, spośród których jakieś 70% w trakcie i po działaniach wojennych zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów i często pozbawiano ich mienia.

      Dla uchodźców arabskich ONZ utworzyła UNWRA, organizację o budżecie większym niż UNHCR, czyli agencji zajmującej się wszystkimi innymi uchodźcami, a warto nadmienić, że mniej więcej w tym czasie, gdy powstawał Izrael Indie uzyskiwały niepodległość i podzieliły się w konsekwencji czego 14 mln ludzi musiało opuścić swoje domy.

      W Izraelu pod koniec lat 40 pojawiła się porównywalna z liczbą arabskich uchodźców z Izraela liczba żydowskich uchodźców z krajów arabskich. ONZ przeznaczyła gigantyczne kwoty na arabskich uchodźców, natomiast odmówiła jakiejkolwiek pomocy uchodźcom żydowskim.

      Najprawdopodobniej przyczyna tego leży w tym, że blok państw muzułmańskich zawsze był silnie reprezentowany w ONZ. Obecnie to 58 państw - czyli ca 1/3. Wtedy ok 1/5.

      Ponadto żadne mocarstwo nie chce specjalnie drażnić państw położonych w strategicznym regionie jakim jest Bliski Wschód.

      Tak więc 18 maja Egipt szykował się do remilitaryzacji Synaju i zajęcia pozycji po wojskach UNEF, które od tego dnia zaczęły się wycofywać. Od kilku dni mobilizowano też dodatkowe siły. Na granicy syryjsko-izraelskiej jak zwykle było niespokojnie, ale w stosunku do sytuacji sprzed kilku miesięcy, gdy de facto toczyły się regularne działania wojenne, można było mówić, że bywało gorzej. Podobnie było na granicy izraelsko-jordańskiej, gdzie kilka miesięcy wcześniej Izrael w odwecie za liczne ataki fedainów i naruszenia granicy posłał 3 tysiące żołnierzy, którzy wkroczyli do Jordanii i zniszczyli szereg osiedli oraz starli się z interweniującymi oddziałami jordańskimi. Król Hussajn przeprowadził wówczas mobilizację swojej armii - to było pół roku wcześnie. A Rada Bezpieczeństwa ONZ oczywiście potępiła Izrael (rezolucja nr 228).

      W Izraelu oczywiście zarządzono mobilizację.

      W ciągu następnego tygodnia Egipt zajął cały Synaj i zgodnie z przewidywaniami ambasadora Gideona i rządu Izraela zablokował cieśninę Tiran, odcinają dostęp do izraelskiego portu Ejat statkom tego kraju a także innych bander wiozących ,,strategiczne towary’’.

      Oczywiście bezprawnie, ale Egipt tłumaczył, że jest w stanie wojny z Izraelem.

      (Formalnie rzecz biorąc był. Podobnie Jordania, Syria i inne państwa arabskie.

      Zauważmy, że w świetle tego typu deklaracji nie można mówić o wojnie 6 dniowej, a o kampanii, czy operacji sześciodniowej. Podobnie miała się rzecz w przypadku wszelkich poprzednich i późniejszych konfliktów aż do porozumienia z Camp David.)

      ONZ ani jej Rada Bezpieczeństwa nie zajęła stanowiska w tej sprawie.

      25 maja obie strony były praktycznie gotowe do zbrojnego starcia. Izrael tego dnia zakończył mobilizację, łącznie z przygotowaniem szpitali polowych a nawet z wykopaniem 10 tysięcy grobów dla ew. poległych.

      Rozpoczęcie działań wojennych - to była kwesta dni.

      Politycy arabscy buńczucznie zapowiadali zniszczenie Izraela - znany nam Naser a także Hafez-al Asad, rodzic aktualnie panującego w Syrii Baszara.

      W podobny ton uderzały gazety arabskie. Egipt oficjalnie został poparty przez ZSRR i resztę ,,demoludów’’ - z wyjątkiem Rumunii. POdobnie Egiptowi udzieliły poparcia Chiny.

      Zbierały się czarne chmury.

      5 czerwca, trochę po godzinie trzeciej w nocy przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa obudził znany już nam ambasador Gideon informując go, że Izrael został napadnięty przez Egipt. Ambasador miał nieaktualne informacje. W tym czasie Egipt zdążył już stracić większość swojego lotnictwa (309 samolotów) i jego głównodowodzącego. Trzy izraelskie ugdy pancerne zaatakowały Egipt.

      Jedną z nich dowodził gen. Szaron - późniejszy premier drugą generał Tal - jeden z najwybitniejszych specjalistów od czołgu w XX w.

      Tego samego dnia w ONZ Izrael i Egipt wzajemnie oskarżyły się o agresję.

      Faktem jest, że rankiem 5 czerwca Izrael przeprowadził atak lotniczy na egipskie lotniska, gdzie trwały właśnie przygotowania do lotniczego ataku na Izrael. A potem ruszyły czołgi.

      Zgodnie z planem obronnym zaproponowanym przez Dajana, główne siły miały uderzyć na Egipt, a ograniczone bronić granic z Syrią i Jordanią. Jordania miała zostać zaatakowana po pokonaniu armii egipskiej, a następna w kolejce była Syria. i tak się stało.

      Z drugiej strony państwa arabskie w znacznej mierze były wyposażone w broń z krajów Układu Warszawskiego (choć Syria miała też pewną ilość niemieckich Panzerkampfwagen IV ). Układ Warszawski szkolił również oficerów arabskich armii.

      A doktryna radziecka jeszcze z czasów II wojny światowej przewidywała tzw. ,,przygotowanie artyleryjskie’’, a potem atak lotniczy i pancerny. 

      W korespondencjach agencyjnych z tego dnia jest mowa o ostrzale południowo-zachodnich rubieży Izraela, przed izraelskim atakiem.

      Więc może izraelskie oskarżenia miały podstawy…

      Dokładnie jutro mija 50 lat od tych wydarzeń.

       

      Robertowi: kiedyś stwierdził, że poczuł się mały, gdy poczytał sobie u nas o Bliskim Wschodzie. Piękne, wzruszające konfucjańskie wyznanie... 

       

       

       

       

       

       

      .

       

       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (980) Pokaż komentarze do wpisu „6 tygodni przed 6 dniami, które wstrząsnęły Bliskim Wschodem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kosmata_morda_irasiada
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 czerwca 2017 17:56
  • niedziela, 16 kwietnia 2017
    • Dekapturkizacja. 2.0

      AKT V 2.0

      Suwerenka do suwerena:

      Czyż nie stara wrona
      krakać teraz miała?
      Narratorką była
      stwora upierzona...
      Najpierw nas wołała,
      a teraz grymasi.
      Czyżby wirus ptasi?
      Noż... byłaby szkoda.
      Może gdzieś tam leży
      łapami do góry,
      bezwładna jak kłoda,
      na liściach, wśród jeży
      i znajomych myszy
      i ledwie już dyszy?
      Pewnie nie zażyła
      piotrowej mikstury*...

      Suweren do suwerenki:

      Widziałem z wieczora
      nadzwyczajnie szumny
      przejazd tej kolumny.
      Wódz tam... w sumie spora
      była kawalkada.
      Prawie dwieście pruła.
      Po co? Ot - pytanie
      i czy to reguła
      czy fanfaronada?
      Przygodni włościanie,
      na widok kohorty
      mknącej poprzez knieje,
      czapkowali panu,
      czasem na kolanach.
      Ci niższego stanu:
      wszystkie drugie sorty,
      komuchy, złodzieje
      oraz wszelkiej maści
      łotry, koderaści;
      zaciskali pięści.
      My tu w czterech ścianach,
      daleko od drogi,
      gadać możem szczerze.
      Domek nasz ubogi,
      ukryty po części.
      Ani my czciciele,
      ani my kacerze,
      ani my na czele,
      ani my w ogonie.
      Najlepiej na stronie...

      Pukanie do okna. Suweren zdejmuje ze ściany strzelbę i wychodzi do sieni. Suwerenka woła za nim: - Taż uważaj, by stworzenia dobrego nie skrzywdzić. - Cichaj stara, tam coś szeleści podejrzanie - odpowiada suweren i ostrożnie otwiera drzwi. Na poręczy ganku siedzi kilka wron, a całe podwórze zatłoczone jest przez leśne zwierzęta. Jedna z wron macha skrzydłami i kracze:

      Kraa...
      Żyję, jeszcze żyję.
      Kończy się na chrypce,
      po tej ptasiej grypce,
      chociaż w tamtym świecie
      tkwiłam już po szyję.
      Wciąż jednak przydatna
      jestem wierszoklecie,
      no bo jak bez wrony?
      My u suwerena
      o pomoc prosimy:
      jakiś drwal szalony
      niszczy nam siedliska
      na wielkiej połaci.
      Czy bór, to prywatna
      jego jest domena?
      Większość leśnej braci
      nie przetrzyma zimy;
      zagłada jest bliska.

      Z tłumu wysuwa się łoś:

      Powieś suwerenie
      strzelbę swą na ścianie
      obok karabeli.
      I tak nie wystrzeli;
      nawet w epilogu.
      Nie ona wypłoszy
      niedźwiedzia z barłogu,
      lecz ten, co panoszy
      się po całym lesie.
      Drzew zwalanych jęki,
      które echo niesie,
      budzą przerażenie.
      Te okropne dżwięki
      nam, mieszkańcom kniei,
      nie dają nadziei
      na dłuższe przetrwanie.

      Zafrasowany suweren:

      Widzę, że zwierzęta
      w głębokiej rozpaczy.
      Przyszły po ratunek
      i płaczą:"nam gorze,
      puszcze tną już wszędzie".
      Jak dalej tak cięta
      będzie nasza głusza...
      By zgadnąć co będzie,
      nie trzeba geniusza;
      i nas spotkać może
      ciężki los tułaczy.
      Stąd ten mój frasunek.

      Suwerenka bierze się pod boki:

      No, no, mój ty złoty,
      dosyć tej zgryzoty;
      koszałki-opałki
      pleciesz mi tu zgoła.
      Gość ten porąbany,
      co z siekierą hula,
      twórca "dobrej zmiany,"
      nie będzie bezkarnie
      robił nam rozwałki.
      Nie dam rady sama
      obezwładnić chama.
      Idźmy solidarnie:
      my, cała żywioła;
      zgasić trzeba żula!
      I co na to wrona?
      Czy słyszę krakanie?

      W pobliżu słychać ryk niedźwiedzia. Suwerenka dalej:

      Oj, wkurzył się miszka
      nie na żarty chyba;
      widać zagrożona
      jest jego sadyba.
      Ten łoskot, hałasy,
      siekiery i piły...
      Świętego Franciszka
      pewnie by ruszyły,
      gdyby w nasze czasy
      wrócił niespodzianie.

      Wrona:

      Kraa...
      Jestem zaa...
      Gdzie jest wilczy szaniec
      naczelnego drwala,
      który tylko wióry
      wokół pozostawia,
      mentalność ma pawia,
      emocje rozpala;
      wszystkie wiedzą ptaki.
      Chociaż trzyma stery,
      naczelny skubaniec,
      to nie bez kozery
      chowa się za krzaki,
      parkany i mury.
      Dobrze wie on przecie,
      że nigdzie na świecie
      nie znajdzie azylu,
      i że już tym razem,
      po łajdactwach tylu,
      nie ujdzie mu płazem
      kolejna demolka.
      Wierzę, że dopadnie
      go sraczka lub kolka
      i siedząc bezradnie
      wtedy na sedesie
      zrozumie, że traci
      całą władzę w lesie...
      Czy słowa natchnione
      dotrą do notabli,
      gdy ujrzą cafone
      bez ineksprymabli,
      to znaczy bez gaci?

      Suwerenka:

      Dobrze prawisz wrono;
      jak zwykle masz rację.
      Zapłaci on słono
      za niegodziwości.
      Najlepiej by było
      podsunąć mu grzybki;
      efekt dają szybki.
      Oby się ziściło
      to proroctwo dawne,
      że jadło niestrawne
      tyranię obali...,
      a ten terror drwali,
      którym wódz się cieszy,
      dekapturkizację
      znacząco przyspieszy.
      Idźmy zatem w gości.

      Suweren:

      Nie czepiam się, ale
      wszędy wokół drwale,
      a szefa ich liczna
      otacza ochrona;
      sama zaś kwatera,
      to specjalna zona
      i nic tam dobrego
      nie napotka śmiałka,
      który się w rewiry
      przeklęte zapuści.
      Dopadną go zbiry
      Maria na pewniaka.
      Kondycja psychiczna
      Wilka zaś jest taka,
      że nawet kawałka
      nie przełknie małego
      bez swego testera.
      Nie zje sromotnika
      zamiast borowika.

      Suwerenka:

      Mężu mój - a juści.
      Niemniej tyś maruda
      od jakiegoś czasu;
      skończ już tę tyradę.
      Już wkrótce gniew lasu
      intruzów wysiuda.
      Zostawmy skrupuły;
      ruszajmy bez zwłoki,
      mniejsza o szczegóły;
      wspólnie damy radę.
      Front stwórzmy szeroki:
      dzioby, kły, pazury,
      kopyta i rogi,
      kłonice, orczyki;
      oj, dostaną szkołę
      bezczelne łotrzyki!
      Niestraszne nam mury;
      hajże na stodołę!

      Wrona:

      Jakiego się można
      spodziewać wyniku?
      Byłabym ostrożna:
      choć naszych jest mrowie,
      że aż serce rośnie;
      silni są wrogowie.
      Zbierajcie, kto może,
      gałęzie wzdłuż drogi.
      Jest ich w całym borze,
      ściętych bezlitośnie,
      po prostu bez liku...

      AKT VI 2.0

      Stodoła - hotel. Wilk sonduje Babcię podczas obiadu w swoim osobistym gabinecie. Gospodarz obiektu - Myśliwy, zadbał o menu zgodne z upodobaniami szefa. Drzwi pilnuje Mario.
      Wilk:

      Same tu specjały.
      Gorące  przekąski:
      pieczone przepiórki,
      gulasz i knedliki,
      a do nich ogórki
      świetnie ukiszone,
      jędrne, niezbyt słone.
      Na pierwsze - grzybowa;
      smak iście wspaniały.
      Znajdziesz w niej maślaki,
      rydze, borowiki;
      ta kucharka nowa
      cudów dokonuje;
      jak tu być na diecie...
      -------
      Donoszą życzliwi,
      że w twoim resorcie
      agent rezyduje
      i to mnie nie dziwi;
      sypią cię chłopaki...
      Na grunt wszedłeś grząski,
      ostrą lubisz jazdę...
      -------
      Spróbuj jagnięciny
      w koperkowym sosie...

      Babcia z ponurą miną:

      Nie mam apetytu
      ani zaufania
      do twojej kucharki...
      i wolę pieczarki.

      Wilk niezrażony odmową wyciera usta i kontynuuje:

      A propos przyczyny
      naszego spotkania:
      robisz z siebie gwiazdę;
      szczerze mnie to złości.
      Ambicja cię zżarła,
      mylisz rząd wielkości...
      -------
      Gustujesz w bigosie?
      Jak mnie zapewniono;
      sam słynny Miaukota
      stworzył recepturę...
      -------
      Może to zaboli,
      lecz widzę cię w roli
      czerwonego karła...
      -------
      Co myślisz o torcie?
      Rzetelna robota,
      dużo czekolady...
      -------
      Ja po takiej fecie
      uderzam w kimono.
      Na dzisiaj będzie dość...
      Masz jakieś pytanie?

      Babcia:

      Jedno zasadnicze:
      wszystkie twoje spicze,
      to wciskanie kitu
      i bajerowanie;
      dbasz o swoją skórę.
      Wysłałeś Kapturka...?
      Przylazła paskuda...
      widziałem jak ginie,
      a teraz tu siedzi...
      upiorny, dziwny gość...

      Wilk:

      To nie ja, to Nuda
      wysłał tego szczurka.
      Coś ty taki blady,
      jakbyś spotkał ducha?

      do siebie:

      Co ten kretyn bredzi?
      Odbiło chłopinie;
      pewnie to podpucha...

      Babcia mamrocze zbielałymi usty:

      Niech to... mam objawy
      ostrej paranoi...
      Halucynogeny?
      Lecz kto za tym stoi?
      Sądzić mam podstawy,
      że to jednak Zera
      intryga piętrowa;
      facet się przebiera
      często za Katona,
      ale z drugiej strony
      szuja usiłuje
      zrzucić mnie ze sceny
      wprost do wariatkowa,
      więc grzybkami truje
      ten diabeł wcielony,
      ponura persona...

      Duch Kapturka wydaje z siebie jęki zrozumiałe tylko dla Babci i narratora; tenże tłumaczy je na polski: - Uch...

      Kiedy zabił mi dzwon,
      pojąłem w try miga,
      ja, stary dziadyga,
      że to wojna o tron.

      Bąbelkowy mój skon
      uknuty był przecie
      i w wieku ja kwiecie...
      Cóż - to wojna o tron.

      B. rozpirzył już MON,
      żre kawior garściami,
      kraj puszcza z torbami,
      bo to wojna o tron.

      Wykonywał wciąż skłon,
      a gdy tego miał dość,
      to ambitny ten gość;
      zaczął wojnę o tron.

      W końcu wkurzył się Don,
      teraz jest, tak jak jest,
      nawalanka na fest,
      ciężka wojna o tron...

      Duch Kapturka blednie i stopniowo zanika. Babcia wpada w stupor. Wilk ziewa, podchodzi do okna:

      Ajaj, dziwny to kraj:
      strzygi i upiory,
      bajdy Wernyhory,
      a mnie tylko w to graj.

      Teraz tylko my dwaj,
      no bo Zero bez szans,
      Babcia zaś wpadł już w trans...
      Duchy widzi? Bez jaj.

      ...i też blednie:

      Skąd za oknem mym gaj?
      Krzaków tych skupisko
      chyba zbyt jest blisko;
      dalej lasu był skraj...

      EPILOG.

      Najtrudniej napisać epilog, bo zawierać się w nim powinna puenta. Z drugiej strony - wyraźna puenta może być potraktowana przez czytelników jako łopatologia. Spróbować można...
      Podobno na Krakowskim raz w miesiącu, przed północą, ukazuje się drabinka i coś tam na niej majaczy, ale niezbyt wyraźnie. Dyżurujący obywatele nagrali nawet to coś...

      Tak chciałem być bogiem...
      Dupnęło wszerz i wzdłuż
      i zamiast pęku róż,
      płaszcza z gronostaja,
      czekały za progiem...
      tylko zgniłe jaja.

      _____

      * Recepturę mikstury podał @panpiotr1949: "100 ml gorącego mleka, łyżka lokalnego miodu, czosneczek, łyżka masła, cynamon i ew. imbir do smaku". Od siebie dodam, że dokonałem drobnej zmiany składu na własny użytek: wyrzuciłem mleko, masło, czosnek, cynamon i imbir, a dodałem 100 ml zimnej wódki. Też grzeje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (951) Pokaż komentarze do wpisu „Dekapturkizacja. 2.0”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 kwietnia 2017 00:34
  • środa, 22 lutego 2017
    • Dekapturkizacja.

      Obsada: Wilk, Babcia, Czerwony Kapturek, Nuda, Zero, Suwerenka i Suweren. W tle: służby i drużby, Misio, panienki. No i biskup. Stara Wrona - to ja.

      AKT I.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Zaczyna się bajka,
      nie w pełni zmyślona;
      może ku przestrodze,
      może to obrona
      jest po prostu własna,
      by nie ulec trwodze,
      kiedy wredna szajka
      życie twe zawłaszcza,
      a ojczyzna twoja
      staje się zbyt ciasna...
      Rządzi paranoja,
      wyszczerza się paszcza...

      Nuda, klęcząc rutynowo - rozmyśla o swoim niewesołym losie:

      W nosie mam zaszczyty
      i partyjne gierki;
      kocham wrzucać tweety,
      oglądać numerki.
      Pulsują mi skronie,
      w oczach miewam mroczki,
      kiedy na smartfonie
      klikam akty Foczki.
      Najbardziej mnie nęcą
      nastolatek chórki,
      Leśne Ruchadełka,
      ich krągłości, wzgórki,
      lecz jako kukiełka
      bez inicjatywy,
      którą inni kręcą,
      ułaskawiać muszę,
      męcząc swoją tuszę,
      różne recydywy.
      Ja oczami świecę
      za nieswoje czyny;
      z długopisem lecę,
      wypełniając rolę
      złego aktorzyny,
      choć ją też partolę.
      Strugać mam wariata
      jeszcze przez trzy lata?

      Dzwoni czerwony telefon. Nuda odbiera. - Czego? - Nu, da, zajac, pagadi - cichy trzask. Telefon dzwoni ponownie, N. niepewnie podnosi słuchawkę. - No? To ty Wilku? - Wilk, nieco zaskoczony, odpowiada:

      Nie mieści się w pale,
      że ty po sygnale...
      Zdolność nadzwyczajna;
      dar jasnowidzenia?
      Linia ta jest tajna
      i żadni jej szpiedzy
      według mojej wiedzy
      namierzyć nie mogą;
      mam zabezpieczenia
      przed intencją wrogą,
      a sprawa jest taka:
      z jakąś agenturą
      Babcia ma kontakty.
      Całkiem bez przyczyny
      z miną sangwiniczną
      popija stoliczną
      wraz z Koryntu córą,
      kawior żre i bliny
      i tańczy trepaka.
      Nagie to są fakty.
      Jeśli to jest zdrada...
      Rusz tyłek zza biurka
      i wezwij Kapturka;
      wyślij go bez zwłoki,
      niech Babcię wybada,
      wyciągnie sekrety.
      B. lubi gadżety,
      włóż więc do koszyka
      jedną działkę koki,
      malutkiego drona,
      błazeńską czapeczkę,
      musi być czerwona,
      do tego wódeczkę,
      pięć butelek wina,
      jajek pół tuzina
      i udko z indyka.

      Nuda niemile zdziwiony:

      Czemu ja? Czemu on?
      Typ to jest szemrany;
      ledwo już łapie pion,
      trzyma się wciąż ściany.
      Może być pomocny
      jako portier nocny,
      napisze ustawę
      albo zrobi kawę,
      lecz żeby na szpiega?
      Przecież to lebiega.
      Masz całą machinę,
      tajniaków plejadę,
      a ja za godzinę
      na narty już jadę.

      Wilk sycząc:

      Possłuchaj kolego;
      trafić chcesz do paki?
      Jessteś tam dlatego,
      żeś bardzo nijaki.
      Ja paluszkiem skinę,
      krzywą zrobię minę
      i będzie ustawa.
      Twoja władza mgława
      przeminie jak jętka.
      Trzymaj się więc planu,
      hołduj swemu panu,
      boć ty jesteś dętka,
      ssparciała opona.
      Z Babcią, to nie żarty;
      nie rób mnie w balona;
      zdążysz na te narty.

      AKT II.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Cóż to jest za bzdura,
      jakaż to obłuda;
      to już dyktatura!
      A rezydent Nuda?
      Kim on jest w istocie?
      Czy cztery litery
      wilczemu despocie
      wylizuje ciurkiem
      na zmianę z Kapturkiem,
      czy tylko od święta?
      Niech się, do cholery,
      wreszcie opamięta...

      Czerwony Kapturek usiłuje podśpiewywać przy goleniu:

      Mówiąc bez ogródek:
      ciemny jest ten ludek,
      który w wodza słowa
      bezkrytycznie wierzy,
      chociaż jego mowa
      nie trzyma się kupy...
      Zawsze w wilczej sforze
      znajdą się klakierzy
      i karierowicze,
      co nawet zbrodnicze
      akceptują rządy
      i wodza poglądy
      z gruba ociosane,
      w potocznym odbiorze
      często nazywane
      "zawracaniem dupy".
      Babcia już afery
      wykreował cztery;
      uderza mu władza.
      Szpila mu dogadza,
      zapewnia mecyje,
      Mario chryje kryje,
      a ja, jako były
      prokurator stanu,
      zabezpieczam tyły
      członkom tego klanu.
      Tylko ta facjata,
      którą w lustrze widzę,
      wygląda jak szmata...
      Sam siebie się brzydzę;
      byłem piękny, młody,
      miewałem przygody,
      ale cóż - te lata...
      Czas człeka przygniata.
      O! Coś mi tu brzęczy;
      znowu ta maruda?
      Gostek mnie zadręczy;
      tak - niestety Nuda...

      - ...OK, chwila, zaraz będę. - Kapturek kończy połączenie i udaje się do pałacu bram.

      AKT III.

      Stara wrona:

      Kraa...
      No, to już ciekawie
      akcja się rozwija;
      kauzyperda śliski,
      ta podstępna żmija,
      firmuje bezprawie
      swej szemranej kliki,
      kalkulując zyski,
      ciułając grosiki.
      Jak sobie poradzi
      w wyjątkowym stanie
      ten charakter gadzi;
      wypełni zadanie?

      Stodoła na skraju puszczy - przerobiona na luksusowy hotel. Na parking zajeżdża poszóstna karoca. Jej zawartość, w postaci tłustego biskupa i właściciela stodoły, udaje się do apartamentów. Po chwili z lasu wychyla się Czerwony Kapturek z koszyczkiem, rozgląda się czujnie i podchodzi do bramy. - Ty szto? - odzywa się głos. - Ja do Babci. - A... wejść. - Ochrona po wylegitymowaniu gościa - kieruje go do hotelowego spa...
      Kapturek słysząc gwar, chowa się za kolumną i dyskretnie obserwuje obszerne pomieszczenie. Babcia, pławiąc się w jacuzzi w towarzystwie animatorek i asystenta, wesoło pokrzykuje:

      Wina, wina dajcie
      jeszcze ze dwie skrzynki,
      moje wy ślicznotki,
      urocze dziewczynki;
      chcę, byście wypiły
      tu ze mną w dżakuzi.
      Wdzięków nie skrywajcie
      i dajcie mi buzi,
      a ty, mój paniczu,
      Bartusiu przemiły,
      czytasz w mym obliczu,
      że lubię łaskotki.
      Bierz się do roboty
      dziarsko, bystro, szybko;
      lubię twe pieszczoty
      moja wielka rybko...

      Do spa wchodzi biskup, trzymając w ręku kropidło. Nie wygląda na zaskoczonego obecnością rozbawionego towarzystwa:

      Czy ja Babciu mogę
      wejść do waszej grupki?
      Cudne, widzę, stópki
      mają te dziecinki;
      ciężką miałem drogę.
      Łyknę sobie drinki,
      pokropię co trzeba,
      wypędzę szatana
      i przychylność Nieba
      wymodlę dla pana.

      Babcia z entuzjazmem:

      Właźże katabasku
      do naszej wanienki;
      znajdziesz tu wódeczkę
      i gołe panienki.
      Pieprzyć rytuały,
      tu są sami swoi;
      nalej se gorzały,
      to cię uspokoi.
      Zrzuć szatki grubasku
      i zamocz dupeczkę;
      zaraz się, hultaju,
      poczujesz jak w raju.
      Ja, chociażem stary
      wielbiciel Guevary,
      co klechów za biesy
      uważał paskudne,
      teraz interesy
      robię z nimi cudne.
      Ty wiesz, o czym mowa,
      księże kapelanie;
      sprawa rozwojowa,
      więc niech tak zostanie.

      Czerwony Kapturek notuje skrzętnie, schowany za kolumną. Czeka na rozwój sprawy, ale takowy nie następuje. Zniecierpliwiony decyduje się na wyjście z ukrycia:

      Witaj Babciu miły;
      służby mnie wpuściły.
      Wpadłem - uniżenie
      zapytać o zdrowie.
      Oby cię bogowie
      i wszyscy anieli
      w opiece swej mieli,
      dobroczyńco wielki.
      O twoich przymiotach
      ćwierkają wróbelki,
      powstają sonety...
      Entliczek pentliczek,
      pełen mam koszyczek:
      podarki i wety
      dobre na strapienie.
      Pamiętaj kolego;
      jestem tu od tego,
      by pomóc w kłopotach.
      Odpraw te dwie lale,
      pazia i tłuściocha;
      niech klepie pacierze,
      lepsze w tym przypadku
      dla starych ramoli,
      choć zapewne woli
      klepanie pośladków.
      Damy sobie w nocha,
      pogadamy szczerze
      jak w konfesjonale.

      Wtrąca się biskup:

      Ja muszę się wtrącić,
      nie po to by mącić,
      lecz trochę szacunku
      wymagam jedynie.
      Jestem zaproszony
      tu przez gospodarza
      tej skromnej chatusi,
      która z wygód słynie.
      Pobyt mój jest krótki,
      prywatny w istocie;
      czasem biskup musi
      po ciężkiej robocie
      relaks zrobić w wannie.
      Tkwiąc na posterunku
      niemal nieustannie,
      głodny i spragniony,
      diabłu się naraża.
      Różne tego skutki
      widać na mym zdrowiu:
      zszargane mam nerwy,
      modlę się bez przerwy,
      stale w pogotowiu.
      Jak w stresie żyć można
      tydzień, miesiąc cały?
      Zużywam w tym czasie
      cztery pastorały,
      gdyż tłuszcza bezbożna,
      nie mówiąc o prasie;
      zewsząd mnie oblega.
      Po łbach bić więc trzeba,
      traktować ich z góry,
      bo ja - z woli Nieba:
      alfa i omega;
      dbam o dzieło boże
      i walczę bez lęku,
      kiedy wokół morze
      rui i porubstwa...
      Zostają mi w ręku
      jeno kurwatury,
      ale to są głupstwa;
      zrzucą się rodacy
      na sprzęt dla mnie nowy;
      zostawią na tacy
      piniądz papierowy.
      Płatność zaś za wodę
      kwestią jest otwartą.
      Kościół dał swobodę:
      płacić można kartą.
      Od litra pińć złoty
      plus koszty święcenia,
      choć cena się zmienia
      w środy i w soboty.

      Czerwony Kapturek wzdycha:

      Biskupie pazerny;
      gadaj sobie, gadaj;
      nikt tego nie kupi.
      Bronisz sempiterny,
      a każde twe słowo,
      to dowód skończony,
      że bezpardonowo
      KK wiernych łupi;
      więc już lepiej spadaj,
      bom zniecierpliwiony.

      Biskup spada. Babcia, zaskoczony wystąpieniem Kapturka:

      Nu już chwatit, spoko;
      coś taki nerwowy?
      To nie jest ksiądz Oko,
      tylko szeregowy
      kolekcjoner stópek,
      co faktu nie zmienia,
      że poczciwy głupek
      jest to bez wątpienia.
      Daj mi swoje dary
      przyjacielu stary;
      wyjaśnimy sobie,
      co masz na wątrobie
      i jaka to siła
      do mnie cię przysyła.
      Podstęp wilczy czuję.
      Czy on mnie uważa
      za jakowąś szuję
      i wazeliniarza?
      Wszak po jego zgonie
      ja siąść mam na tronie.

      Kapturek, obcykany w prokuratorskiej robocie, pozwala sobie na bezczelność:

      Ech, kmiocie naiwny,
      że tak spostponować
      muszę cię otwarcie;
      ja byłem przeciwny,
      by cię wizytować,
      choć masz na sumieniu
      podejrzane sprawki.
      Weź te swoje prochy,
      ulubione żarcie
      i różne zabawki;
      tyś jak od macochy...
      Ktoś tam w twoim cieniu
      nieładnie się bawi
      dyskontując szczwanie
      charakter twój pawi.
      A kto za tym stoi?
      Kto z Wilkiem zadziera?
      Oto są pytania...
      Zdemaskuję drania,
      podejmę wyzwanie.

      Cicho do siebie:

      I zacznę od Zera,
      może to on broi...

      Głośno do Babci:

      A teraz do rzeczy:
      bliny i kawiory
      wzięły się w twej diecie,
      a ty byłeś chory
      z nienawiści przecie
      do bliskiego wschodu,
      mimo że za młodu
      inne miałeś sądy.
      Czemu twe poglądy
      znów uległy zmianie;
      czyżbyś wpadł w pułapkę?
      Skończże błaznowanie
      i odłóż tę czapkę;
      rzeczywistość skrzeczy.

      Babcia już na lekkim odlocie:

      Ach, kawior i bliny;
      to znaczenia nie ma;
      twe aluzje, drwiny...
      Sądzę, że to ściema.
      Odmawiasz mi cnoty?
      Wszyscyśmy ofiary
      wilczych fanaberii;
      kto ma w tej koterii
      kartotekę czystą?
      Od brudnej roboty
      jesteś specjalistą,
      wilcze znasz więc prawa,
      a najbardziej zwłaszcza:
      "nie oddam ci płaszcza".
      Nie dziw się więc stary,
      sławetny opoju,
      że burczy mi w głębi,
      kiedy kreatura
      twojego pokroju
      śledztwo przeprowadza.
      Mnie twoja wyprawa
      ni grzeje ni ziębi.
      Tak samo mnie śmieszy
      jak monolog kleszy.
      Kiedyś wilcza władza,
      dla wielu ponura,
      minie i oberwie
      każdy z nas po zadku.
      Co wiedzieć chcesz bratku?
      Co trzymasz w rezerwie?

      Kapturek, lekko zaniepokojony:

      Nie mam złych zamiarów,
      ale po kolei:
      wyjaśnij mi czemu
      odstają ci uszy
      i bez okularów
      patrzysz na mnie z bliska
      i dlaczego nowe
      całkiem masz zębiska?
      Czy w tej leśnej głuszy,
      w białowieskiej kniei,
      ciemne jakieś siły
      tak cię przemieniły?
      No i po mojemu
      przez wciąganie koki
      schodzisz na manowce.
      Bierzesz dupę w troki,
      zabawiasz się mile,
      jak ci na Rublowce,
      i sprawy państwowe
      pozostawiasz w tyle.
      Jeśli zwęszę zdradę,
      stracisz tę posadę.

      Babcia wstaje, szczerzy zęby w uśmiechu. Zbliża się do przerażonego Kapturka. Wielki cień na ścianie eksponuje odstające, stożkowate uszy. Kapturek cofa się, potyka i wpada do jacuzzi. Ponieważ jest uczulony na bąbelki - ginie w męczarniach.
      Babcia do siebie:

      No, jasna cholera;
      przykre to zdarzenie.
      Śledczy o tym stażu
      nie poznał się w porę
      na mym kamuflażu,
      który już od dawna,
      jako rzecz zabawna
      robi tu furorę.
      Takie mam wrażenie,
      że zbyt on był spięty
      i trafił dlatego
      w dżakuzi odmęty;
      szkoda cię kolego...
      Zadzwonię do Zera.

      Zero, poinformowany przez Babcię o tragicznym zejściu Kapturka, nie ukrywa satysfakcji:

      Świetna to wiadomość,
      że zszedł ten jegomość.
      Na moim był tropie;
      wiesz coś o tym, chłopie.

      Babcia:

      A ty co? Podsłuchy
      w moim masz klozecie?
      Układ nasz jest kruchy;
      pamiętaj walecie.

      AKT IV.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Nie poradził sobie
      ten kauzyperda;
      będzie zapomniany,
      a na jego grobie
      ogonkiem zamerda
      tylko pies zbłąkany.
      Kto Babci zagraża?
      Zero czy red. Czwartek?
      Może problem stwarza
      miły misio Bartek?
      A co na to teren;
      tak zwany "suweren"?

      Zero, po rozmowie z Babcią udaje się do Wilka i oczywiście się płaszczy:

      Witaj Naczelniku.
      Ja zawsze, ja z tobą,
      całą swą osobą...
      Szkoda mi Kapturka.
      Choć był pijaczyną;
      szok to dla mnie wielki.
      Wyrazy współczucia.
      Według mnie przyczyną
      nie były bąbelki;
      to nie był wypadek.
      Zszedł on był w wyniku
      złowrogiego knucia.
      Babcia jest nieszczery;
      urwał się ze sznurka.
      Był tam jakiś świadek?
      Sprawdź zapis z kamery...

      Wilk:

      Coś ty mulisz Zbyniu
      jak mucha w budyniu.
      Nie dość, że się wtaszczasz,
      bezczelnie rozpłaszczasz,
      to jeszcze gotowy
      scenariusz spiskowy
      podsuwasz, atoli
      konkretne mam zdanie
      o twojej w nim roli;
      przekazie fałszywym.
      Melduje mi wtyka;
      nazwę go - Myśliwym,
      że fakt - Babcia bryka,
      lecz jest rozwiązanie...
      Mario - podaj buty!
      jedziemy na skróty
      z naszym dzielnym BOR-em
      już dzisiaj wieczorem...

      AKT V.

      Stara wrona:

      Kraa...
      A "suweren" milczy...
      Czy to terror wilczy,
      konformizm paskudny?
      Nie - to pogląd złudny,
      że zło się oswaja
      nie wchodząc mu w drogę
      i w cieniu wystarczy
      przeczekać pożogę;
      "moja chata z kraja"...
      Śmieszne - jak ktoś swoją
      wolnością frymarczy
      jęcząc, że go gnoją.

      Suwerenka do suwerena:

      Cóś nam się tej wiosny
      rozkraczyły wrony...
      Rok będzie radosny,
      czy na odwrót - płony?
      Słyszałam nad ranem
      dzisiaj jakieś huki.
      Czy to Kachna z Janem,
      czy jakieś dybuki
      po nocy tu straszą?
      Co ty na to - stary?
      Masz tu zrazy z kaszą
      i cztery browary...

      Suweren do suwerenki:

      W nocy się zderzyły
      rządowe kolumny...
      Te huki, co były...
      Widziałem tam trumny,
      dużo było szumu.
      Naród pono w szoku;
      będzie wielka wrzawa.
      Szczęściem my na boku,
      my z dala od tłumu,
      to nie nasza sprawa...

      Koniec bajki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (684) Pokaż komentarze do wpisu „Dekapturkizacja.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2017 11:55
  • sobota, 04 lutego 2017
    • O nieodpartej potrzebie salutowania

      Dopóki nie wystygło. Chociaż, jak znam życie, różne redaktory, z braku poważniejszych zajęć, będą to wałkowały na wszystkie strony.

       

      Sprawa byłaby w swej istocie śmieszna, ale… Wypowiedzieli się gen. Polko i gen. Skrzypczak. Za co ten ostatni wyleciał ze stanowiska. Nawet sam dowódca Logistyki uznał za stosowne wydać rozkaz przypominający regulamin w tym zakresie, przemianowany potem w telewizorze na opinię. Słyszałem też wypowiedź jakiegoś podpułkownika z, chyba,  wojsk ochrony wybrzeża, a może Dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego (sądząc po berecie)? Ten ci zasunął teorię o potrzebie salutowania dla okazania szacunku. I jako przykład niepodlegający dyskusji podał, że żołnierz przecież salutuje także profesorowi wyższej uczelni. Do tego chciałem się odnieść. Bo przypomniała mi się w związku z tym historyjka z życia mojego wydziału, którą nazywamy „Adam ratuj”.

      Było tak. Mieliśmy u siebie kolegę, który osiągnął tytuł profesorski z pełnymi szykanami. Mniejsza o walory intelektualne, bo nie w tym rzecz.  Zaczął wtedy reprezentować nas za granicami. A to na staż do  Ameryki wyjechał, a to na wczasy do Tunezji. I po każdym powrocie snuł opowieści o swoich przewagach weterynaryjnch na tamtych polach. W Ameryce było poważnie i ciężki sprzęt był w użyciu. Mianowicie na polu krowa się położyła i wstać nie chciała. Przybiegło do Adama kilku pracowników z obłędem w oczach i lamentem: „Adam ratuj!”. Pobiegł, zobaczył, postawił diagnozę i zalecił terapię. Traktor kazał przyprowadzić, przyprząc zwierzę i pociągnąć. Aż scena z Sienkiewicza się przypomina, kiedy Azja Tuhajbejowicz do Luśni woła: „aby równo nawlekaj”. Podobno wstała. Azja zresztą też.

      Z kolei w Tunezji, na ichniejszym targu popłoch się był razu pewnego wszczął i harmider. Nasz Adaś spokojnie się przechadzał wśród kramów wypatrując co by tu kupić, nagabywany natrętnie przez przekupniów. Nagle ktoś szarpie go za rękaw błagając: „Panie profesorze, panie profesorze, wielbłądzica nam choruje. Adam ratuj”. Weterynarz jak ratownik, zawsze na posterunku, zawsze gotowy i ze sprzętem. Prosić długo nie trzeba. Uratował. Chyba.

      Tak mi przyszło do głowy. Czterdzieści lat mam do czynienia na stałe z różnymi profesorami. Mądrymi głupimi i takimi sobie. Jak którego znam to znam. Ale w życiu nie byłbym w stanie rozpoznać nieznajomego mi profesora na ulicy na pierwszy rzut oka. Na drugi zresztą też. A tu proszę: bazarowy przekupień w Tunisie i wojskowy w naszym pięknym kraju bez żadnego problemu. I od razu z pełną tytulaturą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (268) Pokaż komentarze do wpisu „O nieodpartej potrzebie salutowania”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      paradox-57
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lutego 2017 13:50