Kot Behemoth w poszukiwaniu Autorycza

Wpisy

  • niedziela, 16 kwietnia 2017
    • Dekapturkizacja. 2.0

      AKT V 2.0

      Suwerenka do suwerena:

      Czyż nie stara wrona
      krakać teraz miała?
      Narratorką była
      stwora upierzona...
      Najpierw nas wołała,
      a teraz grymasi.
      Czyżby wirus ptasi?
      Noż... byłaby szkoda.
      Może gdzieś tam leży
      łapami do góry,
      bezwładna jak kłoda,
      na liściach, wśród jeży
      i znajomych myszy
      i ledwie już dyszy?
      Pewnie nie zażyła
      piotrowej mikstury*...

      Suweren do suwerenki:

      Widziałem z wieczora
      nadzwyczajnie szumny
      przejazd tej kolumny.
      Wódz tam... w sumie spora
      była kawalkada.
      Prawie dwieście pruła.
      Po co? Ot - pytanie
      i czy to reguła
      czy fanfaronada?
      Przygodni włościanie,
      na widok kohorty
      mknącej poprzez knieje,
      czapkowali panu,
      czasem na kolanach.
      Ci niższego stanu:
      wszystkie drugie sorty,
      komuchy, złodzieje
      oraz wszelkiej maści
      łotry, koderaści;
      zaciskali pięści.
      My tu w czterech ścianach,
      daleko od drogi,
      gadać możem szczerze.
      Domek nasz ubogi,
      ukryty po części.
      Ani my czciciele,
      ani my kacerze,
      ani my na czele,
      ani my w ogonie.
      Najlepiej na stronie...

      Pukanie do okna. Suweren zdejmuje ze ściany strzelbę i wychodzi do sieni. Suwerenka woła za nim: - Taż uważaj, by stworzenia dobrego nie skrzywdzić. - Cichaj stara, tam coś szeleści podejrzanie - odpowiada suweren i ostrożnie otwiera drzwi. Na poręczy ganku siedzi kilka wron, a całe podwórze zatłoczone jest przez leśne zwierzęta. Jedna z wron macha skrzydłami i kracze:

      Kraa...
      Żyję, jeszcze żyję.
      Kończy się na chrypce,
      po tej ptasiej grypce,
      chociaż w tamtym świecie
      tkwiłam już po szyję.
      Wciąż jednak przydatna
      jestem wierszoklecie,
      no bo jak bez wrony?
      My u suwerena
      o pomoc prosimy:
      jakiś drwal szalony
      niszczy nam siedliska
      na wielkiej połaci.
      Czy bór, to prywatna
      jego jest domena?
      Większość leśnej braci
      nie przetrzyma zimy;
      zagłada jest bliska.

      Z tłumu wysuwa się łoś:

      Powieś suwerenie
      strzelbę swą na ścianie
      obok karabeli.
      I tak nie wystrzeli;
      nawet w epilogu.
      Nie ona wypłoszy
      niedźwiedzia z barłogu,
      lecz ten, co panoszy
      się po całym lesie.
      Drzew zwalanych jęki,
      które echo niesie,
      budzą przerażenie.
      Te okropne dżwięki
      nam, mieszkańcom kniei,
      nie dają nadziei
      na dłuższe przetrwanie.

      Zafrasowany suweren:

      Widzę, że zwierzęta
      w głębokiej rozpaczy.
      Przyszły po ratunek
      i płaczą:"nam gorze,
      puszcze tną już wszędzie".
      Jak dalej tak cięta
      będzie nasza głusza...
      By zgadnąć co będzie,
      nie trzeba geniusza;
      i nas spotkać może
      ciężki los tułaczy.
      Stąd ten mój frasunek.

      Suwerenka bierze się pod boki:

      No, no, mój ty złoty,
      dosyć tej zgryzoty;
      koszałki-opałki
      pleciesz mi tu zgoła.
      Gość ten porąbany,
      co z siekierą hula,
      twórca "dobrej zmiany,"
      nie będzie bezkarnie
      robił nam rozwałki.
      Nie dam rady sama
      obezwładnić chama.
      Idźmy solidarnie:
      my, cała żywioła;
      zgasić trzeba żula!
      I co na to wrona?
      Czy słyszę krakanie?

      W pobliżu słychać ryk niedźwiedzia. Suwerenka dalej:

      Oj, wkurzył się miszka
      nie na żarty chyba;
      widać zagrożona
      jest jego sadyba.
      Ten łoskot, hałasy,
      siekiery i piły...
      Świętego Franciszka
      pewnie by ruszyły,
      gdyby w nasze czasy
      wrócił niespodzianie.

      Wrona:

      Kraa...
      Jestem zaa...
      Gdzie jest wilczy szaniec
      naczelnego drwala,
      który tylko wióry
      wokół pozostawia,
      mentalność ma pawia,
      emocje rozpala;
      wszystkie wiedzą ptaki.
      Chociaż trzyma stery,
      naczelny skubaniec,
      to nie bez kozery
      chowa się za krzaki,
      parkany i mury.
      Dobrze wie on przecie,
      że nigdzie na świecie
      nie znajdzie azylu,
      i że już tym razem,
      po łajdactwach tylu,
      nie ujdzie mu płazem
      kolejna demolka.
      Wierzę, że dopadnie
      go sraczka lub kolka
      i siedząc bezradnie
      wtedy na sedesie
      zrozumie, że traci
      całą władzę w lesie...
      Czy słowa natchnione
      dotrą do notabli,
      gdy ujrzą cafone
      bez ineksprymabli,
      to znaczy bez gaci?

      Suwerenka:

      Dobrze prawisz wrono;
      jak zwykle masz rację.
      Zapłaci on słono
      za niegodziwości.
      Najlepiej by było
      podsunąć mu grzybki;
      efekt dają szybki.
      Oby się ziściło
      to proroctwo dawne,
      że jadło niestrawne
      tyranię obali...,
      a ten terror drwali,
      którym wódz się cieszy,
      dekapturkizację
      znacząco przyspieszy.
      Idźmy zatem w gości.

      Suweren:

      Nie czepiam się, ale
      wszędy wokół drwale,
      a szefa ich liczna
      otacza ochrona;
      sama zaś kwatera,
      to specjalna zona
      i nic tam dobrego
      nie napotka śmiałka,
      który się w rewiry
      przeklęte zapuści.
      Dopadną go zbiry
      Maria na pewniaka.
      Kondycja psychiczna
      Wilka zaś jest taka,
      że nawet kawałka
      nie przełknie małego
      bez swego testera.
      Nie zje sromotnika
      zamiast borowika.

      Suwerenka:

      Mężu mój - a juści.
      Niemniej tyś maruda
      od jakiegoś czasu;
      skończ już tę tyradę.
      Już wkrótce gniew lasu
      intruzów wysiuda.
      Zostawmy skrupuły;
      ruszajmy bez zwłoki,
      mniejsza o szczegóły;
      wspólnie damy radę.
      Front stwórzmy szeroki:
      dzioby, kły, pazury,
      kopyta i rogi,
      kłonice, orczyki;
      oj, dostaną szkołę
      bezczelne łotrzyki!
      Niestraszne nam mury;
      hajże na stodołę!

      Wrona:

      Jakiego się można
      spodziewać wyniku?
      Byłabym ostrożna:
      choć naszych jest mrowie,
      że aż serce rośnie;
      silni są wrogowie.
      Zbierajcie, kto może,
      gałęzie wzdłuż drogi.
      Jest ich w całym borze,
      ściętych bezlitośnie,
      po prostu bez liku...

      AKT VI 2.0

      Stodoła - hotel. Wilk sonduje Babcię podczas obiadu w swoim osobistym gabinecie. Gospodarz obiektu - Myśliwy, zadbał o menu zgodne z upodobaniami szefa. Drzwi pilnuje Mario.
      Wilk:

      Same tu specjały.
      Gorące  przekąski:
      pieczone przepiórki,
      gulasz i knedliki,
      a do nich ogórki
      świetnie ukiszone,
      jędrne, niezbyt słone.
      Na pierwsze - grzybowa;
      smak iście wspaniały.
      Znajdziesz w niej maślaki,
      rydze, borowiki;
      ta kucharka nowa
      cudów dokonuje;
      jak tu być na diecie...
      -------
      Donoszą życzliwi,
      że w twoim resorcie
      agent rezyduje
      i to mnie nie dziwi;
      sypią cię chłopaki...
      Na grunt wszedłeś grząski,
      ostrą lubisz jazdę...
      -------
      Spróbuj jagnięciny
      w koperkowym sosie...

      Babcia z ponurą miną:

      Nie mam apetytu
      ani zaufania
      do twojej kucharki...
      i wolę pieczarki.

      Wilk niezrażony odmową wyciera usta i kontynuuje:

      A propos przyczyny
      naszego spotkania:
      robisz z siebie gwiazdę;
      szczerze mnie to złości.
      Ambicja cię zżarła,
      mylisz rząd wielkości...
      -------
      Gustujesz w bigosie?
      Jak mnie zapewniono;
      sam słynny Miaukota
      stworzył recepturę...
      -------
      Może to zaboli,
      lecz widzę cię w roli
      czerwonego karła...
      -------
      Co myślisz o torcie?
      Rzetelna robota,
      dużo czekolady...
      -------
      Ja po takiej fecie
      uderzam w kimono.
      Na dzisiaj będzie dość...
      Masz jakieś pytanie?

      Babcia:

      Jedno zasadnicze:
      wszystkie twoje spicze,
      to wciskanie kitu
      i bajerowanie;
      dbasz o swoją skórę.
      Wysłałeś Kapturka...?
      Przylazła paskuda...
      widziałem jak ginie,
      a teraz tu siedzi...
      upiorny, dziwny gość...

      Wilk:

      To nie ja, to Nuda
      wysłał tego szczurka.
      Coś ty taki blady,
      jakbyś spotkał ducha?

      do siebie:

      Co ten kretyn bredzi?
      Odbiło chłopinie;
      pewnie to podpucha...

      Babcia mamrocze zbielałymi usty:

      Niech to... mam objawy
      ostrej paranoi...
      Halucynogeny?
      Lecz kto za tym stoi?
      Sądzić mam podstawy,
      że to jednak Zera
      intryga piętrowa;
      facet się przebiera
      często za Katona,
      ale z drugiej strony
      szuja usiłuje
      zrzucić mnie ze sceny
      wprost do wariatkowa,
      więc grzybkami truje
      ten diabeł wcielony,
      ponura persona...

      Duch Kapturka wydaje z siebie jęki zrozumiałe tylko dla Babci i narratora; tenże tłumaczy je na polski: - Uch...

      Kiedy zabił mi dzwon,
      pojąłem w try miga,
      ja, stary dziadyga,
      że to wojna o tron.

      Bąbelkowy mój skon
      uknuty był przecie
      i w wieku ja kwiecie...
      Cóż - to wojna o tron.

      B. rozpirzył już MON,
      żre kawior garściami,
      kraj puszcza z torbami,
      bo to wojna o tron.

      Wykonywał wciąż skłon,
      a gdy tego miał dość,
      to ambitny ten gość;
      zaczął wojnę o tron.

      W końcu wkurzył się Don,
      teraz jest, tak jak jest,
      nawalanka na fest,
      ciężka wojna o tron...

      Duch Kapturka blednie i stopniowo zanika. Babcia wpada w stupor. Wilk ziewa, podchodzi do okna:

      Ajaj, dziwny to kraj:
      strzygi i upiory,
      bajdy Wernyhory,
      a mnie tylko w to graj.

      Teraz tylko my dwaj,
      no bo Zero bez szans,
      Babcia zaś wpadł już w trans...
      Duchy widzi? Bez jaj.

      ...i też blednie:

      Skąd za oknem mym gaj?
      Krzaków tych skupisko
      chyba zbyt jest blisko;
      dalej lasu był skraj...

      EPILOG.

      Najtrudniej napisać epilog, bo zawierać się w nim powinna puenta. Z drugiej strony - wyraźna puenta może być potraktowana przez czytelników jako łopatologia. Spróbować można...
      Podobno na Krakowskim raz w miesiącu, przed północą, ukazuje się drabinka i coś tam na niej majaczy, ale niezbyt wyraźnie. Dyżurujący obywatele nagrali nawet to coś...

      Tak chciałem być bogiem...
      Dupnęło wszerz i wzdłuż
      i zamiast pęku róż,
      płaszcza z gronostaja,
      czekały za progiem...
      tylko zgniłe jaja.

      _____

      * Recepturę mikstury podał @panpiotr1949: "100 ml gorącego mleka, łyżka lokalnego miodu, czosneczek, łyżka masła, cynamon i ew. imbir do smaku". Od siebie dodam, że dokonałem drobnej zmiany składu na własny użytek: wyrzuciłem mleko, masło, czosnek, cynamon i imbir, a dodałem 100 ml zimnej wódki. Też grzeje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (822) Pokaż komentarze do wpisu „Dekapturkizacja. 2.0”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 kwietnia 2017 00:34
  • środa, 22 lutego 2017
    • Dekapturkizacja.

      Obsada: Wilk, Babcia, Czerwony Kapturek, Nuda, Zero, Suwerenka i Suweren. W tle: służby i drużby, Misio, panienki. No i biskup. Stara Wrona - to ja.

      AKT I.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Zaczyna się bajka,
      nie w pełni zmyślona;
      może ku przestrodze,
      może to obrona
      jest po prostu własna,
      by nie ulec trwodze,
      kiedy wredna szajka
      życie twe zawłaszcza,
      a ojczyzna twoja
      staje się zbyt ciasna...
      Rządzi paranoja,
      wyszczerza się paszcza...

      Nuda, klęcząc rutynowo - rozmyśla o swoim niewesołym losie:

      W nosie mam zaszczyty
      i partyjne gierki;
      kocham wrzucać tweety,
      oglądać numerki.
      Pulsują mi skronie,
      w oczach miewam mroczki,
      kiedy na smartfonie
      klikam akty Foczki.
      Najbardziej mnie nęcą
      nastolatek chórki,
      Leśne Ruchadełka,
      ich krągłości, wzgórki,
      lecz jako kukiełka
      bez inicjatywy,
      którą inni kręcą,
      ułaskawiać muszę,
      męcząc swoją tuszę,
      różne recydywy.
      Ja oczami świecę
      za nieswoje czyny;
      z długopisem lecę,
      wypełniając rolę
      złego aktorzyny,
      choć ją też partolę.
      Strugać mam wariata
      jeszcze przez trzy lata?

      Dzwoni czerwony telefon. Nuda odbiera. - Czego? - Nu, da, zajac, pagadi - cichy trzask. Telefon dzwoni ponownie, N. niepewnie podnosi słuchawkę. - No? To ty Wilku? - Wilk, nieco zaskoczony, odpowiada:

      Nie mieści się w pale,
      że ty po sygnale...
      Zdolność nadzwyczajna;
      dar jasnowidzenia?
      Linia ta jest tajna
      i żadni jej szpiedzy
      według mojej wiedzy
      namierzyć nie mogą;
      mam zabezpieczenia
      przed intencją wrogą,
      a sprawa jest taka:
      z jakąś agenturą
      Babcia ma kontakty.
      Całkiem bez przyczyny
      z miną sangwiniczną
      popija stoliczną
      wraz z Koryntu córą,
      kawior żre i bliny
      i tańczy trepaka.
      Nagie to są fakty.
      Jeśli to jest zdrada...
      Rusz tyłek zza biurka
      i wezwij Kapturka;
      wyślij go bez zwłoki,
      niech Babcię wybada,
      wyciągnie sekrety.
      B. lubi gadżety,
      włóż więc do koszyka
      jedną działkę koki,
      malutkiego drona,
      błazeńską czapeczkę,
      musi być czerwona,
      do tego wódeczkę,
      pięć butelek wina,
      jajek pół tuzina
      i udko z indyka.

      Nuda niemile zdziwiony:

      Czemu ja? Czemu on?
      Typ to jest szemrany;
      ledwo już łapie pion,
      trzyma się wciąż ściany.
      Może być pomocny
      jako portier nocny,
      napisze ustawę
      albo zrobi kawę,
      lecz żeby na szpiega?
      Przecież to lebiega.
      Masz całą machinę,
      tajniaków plejadę,
      a ja za godzinę
      na narty już jadę.

      Wilk sycząc:

      Possłuchaj kolego;
      trafić chcesz do paki?
      Jessteś tam dlatego,
      żeś bardzo nijaki.
      Ja paluszkiem skinę,
      krzywą zrobię minę
      i będzie ustawa.
      Twoja władza mgława
      przeminie jak jętka.
      Trzymaj się więc planu,
      hołduj swemu panu,
      boć ty jesteś dętka,
      ssparciała opona.
      Z Babcią, to nie żarty;
      nie rób mnie w balona;
      zdążysz na te narty.

      AKT II.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Cóż to jest za bzdura,
      jakaż to obłuda;
      to już dyktatura!
      A rezydent Nuda?
      Kim on jest w istocie?
      Czy cztery litery
      wilczemu despocie
      wylizuje ciurkiem
      na zmianę z Kapturkiem,
      czy tylko od święta?
      Niech się, do cholery,
      wreszcie opamięta...

      Czerwony Kapturek usiłuje podśpiewywać przy goleniu:

      Mówiąc bez ogródek:
      ciemny jest ten ludek,
      który w wodza słowa
      bezkrytycznie wierzy,
      chociaż jego mowa
      nie trzyma się kupy...
      Zawsze w wilczej sforze
      znajdą się klakierzy
      i karierowicze,
      co nawet zbrodnicze
      akceptują rządy
      i wodza poglądy
      z gruba ociosane,
      w potocznym odbiorze
      często nazywane
      "zawracaniem dupy".
      Babcia już afery
      wykreował cztery;
      uderza mu władza.
      Szpila mu dogadza,
      zapewnia mecyje,
      Mario chryje kryje,
      a ja, jako były
      prokurator stanu,
      zabezpieczam tyły
      członkom tego klanu.
      Tylko ta facjata,
      którą w lustrze widzę,
      wygląda jak szmata...
      Sam siebie się brzydzę;
      byłem piękny, młody,
      miewałem przygody,
      ale cóż - te lata...
      Czas człeka przygniata.
      O! Coś mi tu brzęczy;
      znowu ta maruda?
      Gostek mnie zadręczy;
      tak - niestety Nuda...

      - ...OK, chwila, zaraz będę. - Kapturek kończy połączenie i udaje się do pałacu bram.

      AKT III.

      Stara wrona:

      Kraa...
      No, to już ciekawie
      akcja się rozwija;
      kauzyperda śliski,
      ta podstępna żmija,
      firmuje bezprawie
      swej szemranej kliki,
      kalkulując zyski,
      ciułając grosiki.
      Jak sobie poradzi
      w wyjątkowym stanie
      ten charakter gadzi;
      wypełni zadanie?

      Stodoła na skraju puszczy - przerobiona na luksusowy hotel. Na parking zajeżdża poszóstna karoca. Jej zawartość, w postaci tłustego biskupa i właściciela stodoły, udaje się do apartamentów. Po chwili z lasu wychyla się Czerwony Kapturek z koszyczkiem, rozgląda się czujnie i podchodzi do bramy. - Ty szto? - odzywa się głos. - Ja do Babci. - A... wejść. - Ochrona po wylegitymowaniu gościa - kieruje go do hotelowego spa...
      Kapturek słysząc gwar, chowa się za kolumną i dyskretnie obserwuje obszerne pomieszczenie. Babcia, pławiąc się w jacuzzi w towarzystwie animatorek i asystenta, wesoło pokrzykuje:

      Wina, wina dajcie
      jeszcze ze dwie skrzynki,
      moje wy ślicznotki,
      urocze dziewczynki;
      chcę, byście wypiły
      tu ze mną w dżakuzi.
      Wdzięków nie skrywajcie
      i dajcie mi buzi,
      a ty, mój paniczu,
      Bartusiu przemiły,
      czytasz w mym obliczu,
      że lubię łaskotki.
      Bierz się do roboty
      dziarsko, bystro, szybko;
      lubię twe pieszczoty
      moja wielka rybko...

      Do spa wchodzi biskup, trzymając w ręku kropidło. Nie wygląda na zaskoczonego obecnością rozbawionego towarzystwa:

      Czy ja Babciu mogę
      wejść do waszej grupki?
      Cudne, widzę, stópki
      mają te dziecinki;
      ciężką miałem drogę.
      Łyknę sobie drinki,
      pokropię co trzeba,
      wypędzę szatana
      i przychylność Nieba
      wymodlę dla pana.

      Babcia z entuzjazmem:

      Właźże katabasku
      do naszej wanienki;
      znajdziesz tu wódeczkę
      i gołe panienki.
      Pieprzyć rytuały,
      tu są sami swoi;
      nalej se gorzały,
      to cię uspokoi.
      Zrzuć szatki grubasku
      i zamocz dupeczkę;
      zaraz się, hultaju,
      poczujesz jak w raju.
      Ja, chociażem stary
      wielbiciel Guevary,
      co klechów za biesy
      uważał paskudne,
      teraz interesy
      robię z nimi cudne.
      Ty wiesz, o czym mowa,
      księże kapelanie;
      sprawa rozwojowa,
      więc niech tak zostanie.

      Czerwony Kapturek notuje skrzętnie, schowany za kolumną. Czeka na rozwój sprawy, ale takowy nie następuje. Zniecierpliwiony decyduje się na wyjście z ukrycia:

      Witaj Babciu miły;
      służby mnie wpuściły.
      Wpadłem - uniżenie
      zapytać o zdrowie.
      Oby cię bogowie
      i wszyscy anieli
      w opiece swej mieli,
      dobroczyńco wielki.
      O twoich przymiotach
      ćwierkają wróbelki,
      powstają sonety...
      Entliczek pentliczek,
      pełen mam koszyczek:
      podarki i wety
      dobre na strapienie.
      Pamiętaj kolego;
      jestem tu od tego,
      by pomóc w kłopotach.
      Odpraw te dwie lale,
      pazia i tłuściocha;
      niech klepie pacierze,
      lepsze w tym przypadku
      dla starych ramoli,
      choć zapewne woli
      klepanie pośladków.
      Damy sobie w nocha,
      pogadamy szczerze
      jak w konfesjonale.

      Wtrąca się biskup:

      Ja muszę się wtrącić,
      nie po to by mącić,
      lecz trochę szacunku
      wymagam jedynie.
      Jestem zaproszony
      tu przez gospodarza
      tej skromnej chatusi,
      która z wygód słynie.
      Pobyt mój jest krótki,
      prywatny w istocie;
      czasem biskup musi
      po ciężkiej robocie
      relaks zrobić w wannie.
      Tkwiąc na posterunku
      niemal nieustannie,
      głodny i spragniony,
      diabłu się naraża.
      Różne tego skutki
      widać na mym zdrowiu:
      zszargane mam nerwy,
      modlę się bez przerwy,
      stale w pogotowiu.
      Jak w stresie żyć można
      tydzień, miesiąc cały?
      Zużywam w tym czasie
      cztery pastorały,
      gdyż tłuszcza bezbożna,
      nie mówiąc o prasie;
      zewsząd mnie oblega.
      Po łbach bić więc trzeba,
      traktować ich z góry,
      bo ja - z woli Nieba:
      alfa i omega;
      dbam o dzieło boże
      i walczę bez lęku,
      kiedy wokół morze
      rui i porubstwa...
      Zostają mi w ręku
      jeno kurwatury,
      ale to są głupstwa;
      zrzucą się rodacy
      na sprzęt dla mnie nowy;
      zostawią na tacy
      piniądz papierowy.
      Płatność zaś za wodę
      kwestią jest otwartą.
      Kościół dał swobodę:
      płacić można kartą.
      Od litra pińć złoty
      plus koszty święcenia,
      choć cena się zmienia
      w środy i w soboty.

      Czerwony Kapturek wzdycha:

      Biskupie pazerny;
      gadaj sobie, gadaj;
      nikt tego nie kupi.
      Bronisz sempiterny,
      a każde twe słowo,
      to dowód skończony,
      że bezpardonowo
      KK wiernych łupi;
      więc już lepiej spadaj,
      bom zniecierpliwiony.

      Biskup spada. Babcia, zaskoczony wystąpieniem Kapturka:

      Nu już chwatit, spoko;
      coś taki nerwowy?
      To nie jest ksiądz Oko,
      tylko szeregowy
      kolekcjoner stópek,
      co faktu nie zmienia,
      że poczciwy głupek
      jest to bez wątpienia.
      Daj mi swoje dary
      przyjacielu stary;
      wyjaśnimy sobie,
      co masz na wątrobie
      i jaka to siła
      do mnie cię przysyła.
      Podstęp wilczy czuję.
      Czy on mnie uważa
      za jakowąś szuję
      i wazeliniarza?
      Wszak po jego zgonie
      ja siąść mam na tronie.

      Kapturek, obcykany w prokuratorskiej robocie, pozwala sobie na bezczelność:

      Ech, kmiocie naiwny,
      że tak spostponować
      muszę cię otwarcie;
      ja byłem przeciwny,
      by cię wizytować,
      choć masz na sumieniu
      podejrzane sprawki.
      Weź te swoje prochy,
      ulubione żarcie
      i różne zabawki;
      tyś jak od macochy...
      Ktoś tam w twoim cieniu
      nieładnie się bawi
      dyskontując szczwanie
      charakter twój pawi.
      A kto za tym stoi?
      Kto z Wilkiem zadziera?
      Oto są pytania...
      Zdemaskuję drania,
      podejmę wyzwanie.

      Cicho do siebie:

      I zacznę od Zera,
      może to on broi...

      Głośno do Babci:

      A teraz do rzeczy:
      bliny i kawiory
      wzięły się w twej diecie,
      a ty byłeś chory
      z nienawiści przecie
      do bliskiego wschodu,
      mimo że za młodu
      inne miałeś sądy.
      Czemu twe poglądy
      znów uległy zmianie;
      czyżbyś wpadł w pułapkę?
      Skończże błaznowanie
      i odłóż tę czapkę;
      rzeczywistość skrzeczy.

      Babcia już na lekkim odlocie:

      Ach, kawior i bliny;
      to znaczenia nie ma;
      twe aluzje, drwiny...
      Sądzę, że to ściema.
      Odmawiasz mi cnoty?
      Wszyscyśmy ofiary
      wilczych fanaberii;
      kto ma w tej koterii
      kartotekę czystą?
      Od brudnej roboty
      jesteś specjalistą,
      wilcze znasz więc prawa,
      a najbardziej zwłaszcza:
      "nie oddam ci płaszcza".
      Nie dziw się więc stary,
      sławetny opoju,
      że burczy mi w głębi,
      kiedy kreatura
      twojego pokroju
      śledztwo przeprowadza.
      Mnie twoja wyprawa
      ni grzeje ni ziębi.
      Tak samo mnie śmieszy
      jak monolog kleszy.
      Kiedyś wilcza władza,
      dla wielu ponura,
      minie i oberwie
      każdy z nas po zadku.
      Co wiedzieć chcesz bratku?
      Co trzymasz w rezerwie?

      Kapturek, lekko zaniepokojony:

      Nie mam złych zamiarów,
      ale po kolei:
      wyjaśnij mi czemu
      odstają ci uszy
      i bez okularów
      patrzysz na mnie z bliska
      i dlaczego nowe
      całkiem masz zębiska?
      Czy w tej leśnej głuszy,
      w białowieskiej kniei,
      ciemne jakieś siły
      tak cię przemieniły?
      No i po mojemu
      przez wciąganie koki
      schodzisz na manowce.
      Bierzesz dupę w troki,
      zabawiasz się mile,
      jak ci na Rublowce,
      i sprawy państwowe
      pozostawiasz w tyle.
      Jeśli zwęszę zdradę,
      stracisz tę posadę.

      Babcia wstaje, szczerzy zęby w uśmiechu. Zbliża się do przerażonego Kapturka. Wielki cień na ścianie eksponuje odstające, stożkowate uszy. Kapturek cofa się, potyka i wpada do jacuzzi. Ponieważ jest uczulony na bąbelki - ginie w męczarniach.
      Babcia do siebie:

      No, jasna cholera;
      przykre to zdarzenie.
      Śledczy o tym stażu
      nie poznał się w porę
      na mym kamuflażu,
      który już od dawna,
      jako rzecz zabawna
      robi tu furorę.
      Takie mam wrażenie,
      że zbyt on był spięty
      i trafił dlatego
      w dżakuzi odmęty;
      szkoda cię kolego...
      Zadzwonię do Zera.

      Zero, poinformowany przez Babcię o tragicznym zejściu Kapturka, nie ukrywa satysfakcji:

      Świetna to wiadomość,
      że zszedł ten jegomość.
      Na moim był tropie;
      wiesz coś o tym, chłopie.

      Babcia:

      A ty co? Podsłuchy
      w moim masz klozecie?
      Układ nasz jest kruchy;
      pamiętaj walecie.

      AKT IV.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Nie poradził sobie
      ten kauzyperda;
      będzie zapomniany,
      a na jego grobie
      ogonkiem zamerda
      tylko pies zbłąkany.
      Kto Babci zagraża?
      Zero czy red. Czwartek?
      Może problem stwarza
      miły misio Bartek?
      A co na to teren;
      tak zwany "suweren"?

      Zero, po rozmowie z Babcią udaje się do Wilka i oczywiście się płaszczy:

      Witaj Naczelniku.
      Ja zawsze, ja z tobą,
      całą swą osobą...
      Szkoda mi Kapturka.
      Choć był pijaczyną;
      szok to dla mnie wielki.
      Wyrazy współczucia.
      Według mnie przyczyną
      nie były bąbelki;
      to nie był wypadek.
      Zszedł on był w wyniku
      złowrogiego knucia.
      Babcia jest nieszczery;
      urwał się ze sznurka.
      Był tam jakiś świadek?
      Sprawdź zapis z kamery...

      Wilk:

      Coś ty mulisz Zbyniu
      jak mucha w budyniu.
      Nie dość, że się wtaszczasz,
      bezczelnie rozpłaszczasz,
      to jeszcze gotowy
      scenariusz spiskowy
      podsuwasz, atoli
      konkretne mam zdanie
      o twojej w nim roli;
      przekazie fałszywym.
      Melduje mi wtyka;
      nazwę go - Myśliwym,
      że fakt - Babcia bryka,
      lecz jest rozwiązanie...
      Mario - podaj buty!
      jedziemy na skróty
      z naszym dzielnym BOR-em
      już dzisiaj wieczorem...

      AKT V.

      Stara wrona:

      Kraa...
      A "suweren" milczy...
      Czy to terror wilczy,
      konformizm paskudny?
      Nie - to pogląd złudny,
      że zło się oswaja
      nie wchodząc mu w drogę
      i w cieniu wystarczy
      przeczekać pożogę;
      "moja chata z kraja"...
      Śmieszne - jak ktoś swoją
      wolnością frymarczy
      jęcząc, że go gnoją.

      Suwerenka do suwerena:

      Cóś nam się tej wiosny
      rozkraczyły wrony...
      Rok będzie radosny,
      czy na odwrót - płony?
      Słyszałam nad ranem
      dzisiaj jakieś huki.
      Czy to Kachna z Janem,
      czy jakieś dybuki
      po nocy tu straszą?
      Co ty na to - stary?
      Masz tu zrazy z kaszą
      i cztery browary...

      Suweren do suwerenki:

      W nocy się zderzyły
      rządowe kolumny...
      Te huki, co były...
      Widziałem tam trumny,
      dużo było szumu.
      Naród pono w szoku;
      będzie wielka wrzawa.
      Szczęściem my na boku,
      my z dala od tłumu,
      to nie nasza sprawa...

      Koniec bajki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (684) Pokaż komentarze do wpisu „Dekapturkizacja.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2017 11:55
  • sobota, 04 lutego 2017
    • O nieodpartej potrzebie salutowania

      Dopóki nie wystygło. Chociaż, jak znam życie, różne redaktory, z braku poważniejszych zajęć, będą to wałkowały na wszystkie strony.

       

      Sprawa byłaby w swej istocie śmieszna, ale… Wypowiedzieli się gen. Polko i gen. Skrzypczak. Za co ten ostatni wyleciał ze stanowiska. Nawet sam dowódca Logistyki uznał za stosowne wydać rozkaz przypominający regulamin w tym zakresie, przemianowany potem w telewizorze na opinię. Słyszałem też wypowiedź jakiegoś podpułkownika z, chyba,  wojsk ochrony wybrzeża, a może Dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego (sądząc po berecie)? Ten ci zasunął teorię o potrzebie salutowania dla okazania szacunku. I jako przykład niepodlegający dyskusji podał, że żołnierz przecież salutuje także profesorowi wyższej uczelni. Do tego chciałem się odnieść. Bo przypomniała mi się w związku z tym historyjka z życia mojego wydziału, którą nazywamy „Adam ratuj”.

      Było tak. Mieliśmy u siebie kolegę, który osiągnął tytuł profesorski z pełnymi szykanami. Mniejsza o walory intelektualne, bo nie w tym rzecz.  Zaczął wtedy reprezentować nas za granicami. A to na staż do  Ameryki wyjechał, a to na wczasy do Tunezji. I po każdym powrocie snuł opowieści o swoich przewagach weterynaryjnch na tamtych polach. W Ameryce było poważnie i ciężki sprzęt był w użyciu. Mianowicie na polu krowa się położyła i wstać nie chciała. Przybiegło do Adama kilku pracowników z obłędem w oczach i lamentem: „Adam ratuj!”. Pobiegł, zobaczył, postawił diagnozę i zalecił terapię. Traktor kazał przyprowadzić, przyprząc zwierzę i pociągnąć. Aż scena z Sienkiewicza się przypomina, kiedy Azja Tuhajbejowicz do Luśni woła: „aby równo nawlekaj”. Podobno wstała. Azja zresztą też.

      Z kolei w Tunezji, na ichniejszym targu popłoch się był razu pewnego wszczął i harmider. Nasz Adaś spokojnie się przechadzał wśród kramów wypatrując co by tu kupić, nagabywany natrętnie przez przekupniów. Nagle ktoś szarpie go za rękaw błagając: „Panie profesorze, panie profesorze, wielbłądzica nam choruje. Adam ratuj”. Weterynarz jak ratownik, zawsze na posterunku, zawsze gotowy i ze sprzętem. Prosić długo nie trzeba. Uratował. Chyba.

      Tak mi przyszło do głowy. Czterdzieści lat mam do czynienia na stałe z różnymi profesorami. Mądrymi głupimi i takimi sobie. Jak którego znam to znam. Ale w życiu nie byłbym w stanie rozpoznać nieznajomego mi profesora na ulicy na pierwszy rzut oka. Na drugi zresztą też. A tu proszę: bazarowy przekupień w Tunisie i wojskowy w naszym pięknym kraju bez żadnego problemu. I od razu z pełną tytulaturą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (268) Pokaż komentarze do wpisu „O nieodpartej potrzebie salutowania”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      paradox-57
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lutego 2017 13:50
  • poniedziałek, 09 stycznia 2017
    • Gronostaj podwójnie udomowiony

      Wiekopomną jest  transakcja wicepremiera Piotra Glińskiego, który nabył dla Polski zbiory zacne, acz nie tylko w Polsce od ZIZ w. obecne, ale i niemożliwe z niej do wywiezienia, a poza tym niezbywalne ani w całości, ani w części.  Zrobił więc wicepremier interes na miarę zakupu Kolumny Zygmunta. Taki interes (niekiedy z dodatkiem tramwaju) oferowali zwykle skromnym przybyszom z Małkini bądź Ożarowa osiedli w stolicy ptaszkowie niebiescy alias chłopaki z ferajny, których Mistrz Wiech barwnie opisywał.  Do istoty tych transakcji należało solenne zapewnienie, że cna jest bajecznie niska; że właściwie jest to prawie darmo, no - wręcz ("bo pana lubię") darowane.

      Klient z Ożarowa albo też Małkini wszelako frycowe stołeczne płacił z własnej kieszeni. Wicepremier niekoniecznie. Jaka jest racja takiego interesu?  Jest ona doskonale jednostronna; i ma ją ta strona, która dostała zapłatę. Perła w koronie kolekcji, Leonardowa "Dama z gronostajem", nie stała się od tej transakcji bardziej polską własnością, niż była. Środki, wyłożone na to ekstra udomowienie panny i gronostaja to są te same środki, które nie będą mogły być użyte np. na aukcjach, na których nieraz pojawiają się bardzo wartościowe polonica. Osobiście pamiętam niejedną zatrważającą żebraninę, do której musiało się uciekać np. Towarzystwo im. Fryderyka Chopina, żeby zakupić jakiś z nagła objawiony rękopis. I zdarzało się, że kwoty potrzebnej nie udało się na czas zdobyć.

       

      Nawet nie to jest najgorsze, chociaż niedorzeczne i plotki rozliczne rodzące. takie, m. in., że ma być jakowaś koneksja między Glińskimi a Czartoryskimi. Tak, ta plotka jest ze złej woli i niewiedzy, bo jak raz ten Gliński nie z rodu kniaziowskiego się wiedzie, więc mu Czartoryscy żadni powinowaci ani swaty (a czy oni z kniaziami Glińskimi byli swaty czy braty, to mi  jak raz sprawdzać nie po drodze). Krążyć zaczynają i wieści inne, przyziemne wielce i nie do rodowych sentymentów się odwołujące. Najszpetniejsze jest to, że - jak roztropnie Piotr Piniński napisał - zapaskudzono  objaśnieniem nie tyle nawet mętnym, ile wprost fałszywym, szlachetną ideę darowizny.

      Oddając rodzinie Pinińskim sprawiedliwość, bo też dary zasobne krajowej kulturze ofiarowali, przyznam, że z wielkim dyzgustem całkiem prywatnej natury do tego mętniactwa podchodzę. Nie aby moja familia jakoweś też cenności nadzwyczajne deponowała czy darowywała (bo tam jeśli jakoweś van się poniewierały, to prędzej van Knooty niż van Dycki). Przykrość jest przez pamięć Prof. Karoliny Lanckorońskiej, Wspaniała ta Dama, co do Niej należało z cennych (a nieraz bezcennych) ruchomości, zapisała m. in. Wawelowi, Zamkowi Królewskiemu w Warszawie i Bibliotece jagiellońskiej.Tak po prostu. I to był zbiór, który do Polski przyjechał - bo tym się od zbiorów Czartoryskich różnił, że wcześniej go tu nie było.

      I nie tylko tym się Karolina Lanckorońska zasłużyła - ale i wiedzą wielką oraz życzliwością dla polskich doktorantów (i starszych uczonych). Założona przez Nią w 1967 r. fundacja wspierała instytucje naukowe  kulturalne.  To był dar, składany przez kilkadziesiąt lat. Uhonorowały Panią Profesor dwa polskie uniwersytety. Mam mocne poczucie, że propozycja innej, niż symboliczna nagrody byłaby w oczach Karoliny Lanckorońskiej uwłaczająca.

       

      ***

      Tego niesmaku, jaki zostaje po zrównaniu szczodrości z handlem opędzić nie daję rady.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (468) Pokaż komentarze do wpisu „Gronostaj podwójnie udomowiony”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      jael53
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 stycznia 2017 11:03
  • czwartek, 10 listopada 2016
    • Przygody Pikusia. Koniec. Zhēnde jiéshù. Realmente o fim. Пиздец. Cz. II

      33.
      Nie było pereł, diamentów i złota,
      Za to badziewia różnego - bez liku;
      Jakaś koszmarna, nieziemska lichota,
      Niczym wystawa taniego sklepiku,
      Czy zakurzona w chybziku gablota
      Z eksponatami z chińskiego plastiku.
      Po cóż to wszystko? Czyżby ten wysiłek
      Miał Prezesowi uratować tyłek?

      --------------

      34.
      Zakładać musiał, że Projekt ów chory
      Nigdy na Ziemi nie znajdzie uznania.
      Plan miał, że wszystkie osobiste zmory
      Tam pozostawi - jak stare ubrania,
      A tu rozpocznie never ending story,
      Gdyby dojść miało kiedyś do wygnania
      I nieśmiertelność będzie spędzać sobie
      Jak w tej powieści? Jak w: "Na srebrnym globie..."?

      35.
      Plan ryzykowny - ludzka partanina
      Zniweczyć może najchytrzejsze plany
      Prezesa bogów lub dżinnów tuzina...
      Sam demiurg, choćby najbardziej narwany,
      Stanie przed ścianą, gdy jakiś chłopina
      W randze konsjerża, kompletnie pijany,
      zatrzaśnie bramę zamaszystym gestem
      i wybełkoce: "Pan wie - kim ja jestem?".

      ***
      36
      Gdzieś pod warszawską siedzibą Centrali,
      A może jednak było to w Sopocie;
      Konspiratorzy cichcem się zebrali,
      By porozmawiać o pewnym kłopocie,
      Który już urósł do kosmicznej skali;
      Składy słodyczy i figury kocie
      Wywiad namierza w wielu miejscach kraju;
      Wszystkie są tego samego rodzaju...

      37.
      "Mnie się kojarzy z tym ósmym z "Nostromo";
      Potwór i liczne wszędzie jego jaja...
      Myślę, że Prezes nie jest żadnym homo,
      Tylko insektem, a celem hultaja
      Jest pełna władza nad światem - wiadomo!
      Takich Prezesów wkrótce będzie zgraja",
      Rzekł jeden z szefów podziemnej struktury;
      "To są zapasy dla progenitury".

      38.
      Drugi wystąpił i mocnymi słowy
      Niemrawą klechów wykpił dyktaturę:
      "Ten Zakon wchodzi w okres już schyłkowy;
      Łakocie? - humbug - czuję to przez skórę,
      A magazyny - widok groteskowy;
      Kto nabrać da się na kolejną bzdurę,
      Gdy uświęcone prawem przepowiednie,
      Dawno uznano za naiwne brednie.

      39.
      Nikt z nas Projektu nie widział na oczy
      I wielu sądzi, że to popis blagi.
      Tekst ma rzekomo charakter proroczy;
      Prorocy często różne biorą dragi,
      Wiedząc, że kiedy umysł się zamroczy,
      Mniejszej - do wizji - potrzeba odwagi,
      Bez świadomości, że te w głowie biesy,
      To są szczególne chemiczne procesy".

      40.
      Trzeci był Aleks - ten z poważną miną
      stwierdził: "Ta władza prawie jest skończona,
      To fakt, lecz wygrać z zakonną machiną
      Może jedynie silnie zjednoczona
      Liga oporu; samą tylko kpiną
      Nikt bandy zbirów przecież nie pokona.
      Drapieżnik może, przyparty do ściany,
      Kąsać - dotkliwe zadając wciąż rany.

      41.
      W powrót Pierwszego mało kto już wierzy,
      A co do władzy, która jest w odwrocie;
      Wciąż jeszcze wsparcie mają ci gangsterzy
      w służbach i w wojsku - tak to jest w istocie.
      Nasz główny problem: przekonać żołnierzy,
      Którzy już całkiem po uszy tkwią w błocie,
      Choć trudno błotem nazwać takie szambo;
      Że nikt z nich nie jest i nie będzie Rambo.

      42.
      Ich boss - zakonny minister obrony,
      Szkodnik umysłów - gorszy od zarazy.
      W każdej przemowie plecie farmazony
      I spicz ten zawsze pełen jest emfazy.
      Te jego oczy... stale napalony,
      Nie przymierzając - jak klucznik Gerwazy.
      Tamten miał jakieś jednak priorytety,
      Ten nie ma żadnych - pusty łeb niestety...

      43.
      Zwierzchnik policji, cokolwiek to znaczy,
      Na ogół mówi zupełnie od rzeczy.
      Klon poprzedniego albo typ bliźniaczy,
      Równie stuknięty - też sam sobie przeczy.
      Czego się dotknie - natychmiast spartaczy;
      Gość ten wymaga psychiatrycznej pieczy,
      Bo już od dawna w jakimś jest obłędzie;
      Kolejny mnisi błazen na urzędzie.

      44.
      Mógłbym tak dalej jechać jeszcze z listą,
      Na której większość - czarne charaktery.
      Każdy z nich draniem jest i arywistą
      szerząc bezprawie - wszystko dla kariery.
      Ich patron także nie był legalistą;
      Krew jego jakby z Lucyfera sfery.
      Tropiąc za życia mityczne układy
      Na kraj nie baczył i ten zszedł na dziady...".

      45.
      Przerwał był Aleks, albowiem pytanie
      Istotne zadał ktoś z sali, z publiki:
      "Mówisz, że siłę mają jeszcze dranie,
      A skąd ją czerpią? Kim są te ludziki?
      Bezwład, anarchia, pełne załamanie
      jest w gospodarce - fatalne wskaźniki.
      Na cóż więc wasze zdają się tyrady,
      Gdy państwo stoi u progu zagłady?".

      46.
      Na takie dictum acerbum, znienacka
      Niandi, co skromnie przycupnęła w kątku,
      Wtrąciła: "Zgoda, władza to łajdacka,
      Lecz nawiązując do twojego wątku:
      Odrąbiesz jedną - wnet odrasta macka;
      Walkę zaczynać trzeba od początku.
      Dopóki Projekt nie zostanie zdjęty,
      Trzymać się będą te zakonne męty.

      47.
      Już pięć lat temu plan mieliśmy taki,
      Ewakuując Pikusia Czwartego.
      Wyraźne bowiem istniały poszlaki,
      Że spotkać może chłopaka coś złego
      Z regenta ręki; chciały te łajdaki
      Odpowiedzialność przerzucić na niego
      Za swoje błędy, przekręty i draństwa,
      Degrengoladę i upadek państwa.

      48.
      Ja, tak jak Aleks - pewność mam niezbitą,
      Że jeśli wspólne uzgodnimy cele,
      To regent wkrótce będzie już banitą.
      Bałwan koszmarny i jego czciciele,
      Wraz z tą przegniłą kapłańską elitą,
      Znikną na zawsze, a przynajmniej wiele
      Wody upłynie w naszej pięknej Wiśle,
      Nim zło znów w chorym zrodzi się umyśle.

      49.
      Zniszczyć potwora! Odebrać zabawki
      Załganej klice! Kto podłości zliczy
      Wszystkich sługusów i głównej pijawki,
      Regenta, który szajce przewodniczy
      Lat już szesnaście? Jest na czele stawki
      Nieokrzesanej aroganckiej dziczy,
      Co kraj ten niszczy przynajmniej od wieku...
      Takiego właśnie trzeba na to leku.

      50.
      Jeśli jest prawdą, że w kriostazy stanie
      Upiorny starzec na powrót swój czeka
      Chcąc śmierć oszukać i ulec przemianie...
      Kto umrzeć nie chce, jak mawiał Seneka,
      Żyć nie potrafi; moje domniemanie,
      Że w nim niewiele zostało z człowieka,
      Na wnioskach własnych oprzeć tylko mogę;
      Czasu jest mało - ruszam zatem w drogę.

      ***
      51.
      Dwoje mieszkańców puszczańskiej sadyby,
      Pilnie studiując potrzebne nauki,
      Życie beztroskie prowadząc jak gdyby
      Pomiędzy bobry, sarny i borsuki;
      Zioła zbierało, jagody i grzyby,
      Nie przeczuwając, że głuche pomruki
      Z lipcową zwykle powiązane burzą,
      Tym razem zmiany radykalne wróżą.

      52.
      Domek ich mały, starannie ukryty,
      Żeby go wrogie nie spostrzegły drony,
      By celem nagłej nie stał się wizyty
      Służb policyjnych; został otoczony
      Specjalną siatką; nawet z satelity
      Niedostrzegalną; od północnej strony
      Był staw, bagnisko, przybrzeżne szuwary;
      W nich ptactwo świetne i owadów chmary.

      53.
      Z dwóch stron ogródek, który Juli żmudnie
      Pielęgnowała przez ostatnie lata;
      Skromny, niewielki, ale bardzo schludnie
      Wyglądał: z boku ziołowa rabata
      Mocno pachnąca w upalne południe,
      Dalej ogórki, przeróżna sałata,
      Bo w tym ogrodzie warzywnik był spory,
      Gdzie część największą miały pomidory.

      54.
      Gdy przed śniadaniem dziewczyna spojrzała
      W niebo, na błękit mgłą lekką zasnuty,
      Dreszcz nią potrząsnął; cukinia dojrzała
      Z ręki wypadła, mijały minuty,
      A ona dalej w osłupieniu stała
      Jak w transie nagłym, potem zaś na skróty
      Biegła do chaty; usiadła zdyszana,
      Osłabła całkiem - zadrżały kolana.

      55.
      Serce waliło, pulsowały skronie;
      Niczym napięta czuła się sprężyna
      I zdało jej się, że za chwilę spłonie;
      "Dziwnie się czuję; jaka jest przyczyna?".
      Do twarzy chłodne przyłożyła dłonie.
      "Pi wkrótce wróci - została godzina;
      On teraz pewnie karmi jeszcze bobry...";
      Wtem usłyszała zza pleców: "Dzień dobry".

      56.
      "Witaj siostrzyczko, coś mina nietęga
      U ciebie, zimne na stole śniadanie...
      Coś tu się, widzę - gwałtownie wylęga;
      Dawniej mówiło się, że zakochanie,
      To moc jest taka, co do gwiazd aż sięga;
      Jeśli tej mocy na drodze ktoś stanie,
      Niech się spodziewa, że w imię miłości
      Porachowane składać może kości.

      57.
      I nie zaprzeczaj - zmienne masz nastroje;
      Widać to zaraz na pierwszy rzut oka.
      W odosobnieniu mieszkacie oboje
      Od lat już kilku; kończy się epoka
      Szubrawców; w kraju liczne niepokoje
      I strajki; zmiana kroi się głęboka;
      Wszystkich nas dotknie, co nie znaczy wcale,
      Że twe rozterki traktuję niedbale.

      58.
      Piotr towarzyszem twoim jest w tej głuszy,
      Bo tak wypadło, tak Rozalka chciała;
      Ja się zgodziłam, gdyż jestem po uszy
      W tym ruchu; Juli - chcę byś zrozumiała
      Moją decyzję, choć może nie wzruszy
      Cię tłumaczenie, próba ta nieśmiała
      Wyjaśnień moich, ale może dotrze...
      O! Któż to wrócił? Witaj w domu Piotrze.

      59.
      Wpadłam na krótko; niecierpiące zwłoki
      Sprawy czekają, choć bardzo mnie boli
      Ta sytuacja; tu piękne widoki:
      Dynie, karczochy, zagony fasoli,
      Słowiki, kosy i skrzeczące sroki
      I zapach lasu, którym się do woli..."
      "Och, przestań Niandi" - Juli raka spiekła,
      Wstała gwałtownie i z izby uciekła.

      60.
      Pi, w progu stojąc - zapytał zdziwiony:
      "Niandi, co Juli takiego się stało?
      Czy nie wiem o czymś? Fakt - jestem spóźniony,
      Ale karmienie dziś się przeciągało,
      A potem jeszcze sprawdzałem osłony,
      Bo ostrożności nigdy nie za mało;
      Przesadzam może z nadmiarem czujności,
      Lecz nieproszonych uniknąć chcę gości.

      61.
      Jeśli się ona trochę na mnie boczy
      I są ku temu istotne przyczyny,
      To czemu zamiast sobie w cztery oczy
      Wyjaśnić sprawę... czy wszystkie dziewczyny
      Tak robią? Ona wciąż ze mną się droczy
      I obrażone pokazuje miny;
      Nie wiem co myśleć - trudno fochy znosić;
      Jeśli jest za co - mogę ją przeprosić".

      62.
      "Piotrze, jeżeli twoją coś jest winą...
      Jedyne, co mi przychodzi do głowy;
      Że chłopcem jesteś - a Juli dziewczyną;
      Problem odwieczny, na pewno nie nowy,
      Więc się nie przejmuj obrażoną miną;
      Do tego jeszcze żar zwykły lipcowy...
      Ona ochłonie, tego jestem pewna;
      To nie jest żadna kapryśna królewna.

      63.
      Pilnuj mi siostry, nie zważaj na fumy,
      Choć nieraz jeszcze da ci do wiwatu;
      Wiem, że cierpliwość twoja nie jest z gumy..."
      "W porządku Niandi - nie ma już tematu;
      Oboje z Juli mamy swe rozumy
      I obiecuję - nie będzie dramatu.
      Rób to, co musisz - dzięki za nauki;
      Mocno będziemy trzymać za was kciuki".

      ***

      64.
      W czasach zamierzchłych, kiedy to Warszawa
      Tłem była tamtej śmiesznej koronacji
      Człowieka, który takie tylko prawa
      Uznawał, jakie dla jego formacji
      Przydatne były, czyli Jarosława
      Wielkiego, wedle rządzącej narracji;
      Zwalczać jął reżim wszelkie wolne słowo,
      Szybko działając i bezpardonowo.

      65.
      Stare płonęły wkrótce księgozbiory...
      Zdarzenia takie wielokroć bywały,
      Kiedy po władzę sięgały bandziory
      Lud za nic mając; gdy na piedestały
      Terror wpychano, a zamiast agory
      Sądy doraźne - dla tyrana chwały;
      Dla wrogów ludu zaś - zapowiedź zguby,
      Za wszelkie buntu przeciw władzy próby.

      66.
      Tak się zaczęło: blokada fejsbuka
      I zaraz potem padło na tłitera...
      Przejęli prasę, też prawem kaduka;
      Gdy net odcięto, zmalały do zera
      Szanse kontaktu - była to już sztuka,
      Zamarła bowiem cała blogosfera.
      Kraj na obrzeżach znalazł się historii,
      Dyktator za to - w pełnej chodził glorii.

      67.
      Problem sukcesji pozostawał żywy,
      Albowiem władca - człowiek już niemłody,
      Nie widział żadnej tu alternatywy;
      Przeciwnie - mając ku temu powody,
      Choć ponad miarę bywał podejrzliwy,
      Bezwzględne zwykle stosował metody,
      Żeby mu która zepsuta kukiełka
      Nie wyskoczyła gwałtownie z pudełka.

      68.
      Umyślił sobie przechytrzyć naturę
      I władzę swoją przedłużyć na wieki;
      By to się stało - musiał dyktaturę
      Zacementować i wtedy powieki
      Zamknąć, zmieniając w dziwną się strukturę;
      Pewien był jednak, że ten czas daleki,
      Gdy go nanity przywrócą do życia
      Nastanie w końcu, więc wyjdzie z ukrycia...

      cdn.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1301) Pokaż komentarze do wpisu „Przygody Pikusia. Koniec. Zhēnde jiéshù. Realmente o fim. Пиздец. Cz. II”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 listopada 2016 13:12