Kot Behemoth w poszukiwaniu Autorycza

Wpisy

  • środa, 22 lutego 2017
    • Dekapturkizacja.

      Obsada: Wilk, Babcia, Czerwony Kapturek, Nuda, Zero, Suwerenka i Suweren. W tle: służby i drużby, Misio, panienki. No i biskup. Stara Wrona - to ja.

      AKT I.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Zaczyna się bajka,
      nie w pełni zmyślona;
      może ku przestrodze,
      może to obrona
      jest po prostu własna,
      by nie ulec trwodze,
      kiedy wredna szajka
      życie twe zawłaszcza,
      a ojczyzna twoja
      staje się zbyt ciasna...
      Rządzi paranoja,
      wyszczerza się paszcza...

      Nuda, klęcząc rutynowo - rozmyśla o swoim niewesołym losie:

      W nosie mam zaszczyty
      i partyjne gierki;
      kocham wrzucać tweety,
      oglądać numerki.
      Pulsują mi skronie,
      w oczach miewam mroczki,
      kiedy na smartfonie
      klikam akty Foczki.
      Najbardziej mnie nęcą
      nastolatek chórki,
      Leśne Ruchadełka,
      ich krągłości, wzgórki,
      lecz jako kukiełka
      bez inicjatywy,
      którą inni kręcą,
      ułaskawiać muszę,
      męcząc swoją tuszę,
      różne recydywy.
      Ja oczami świecę
      za nieswoje czyny;
      z długopisem lecę,
      wypełniając rolę
      złego aktorzyny,
      choć ją też partolę.
      Strugać mam wariata
      jeszcze przez trzy lata?

      Dzwoni czerwony telefon. Nuda odbiera. - Czego? - Nu, da, zajac, pagadi - cichy trzask. Telefon dzwoni ponownie, N. niepewnie podnosi słuchawkę. - No? To ty Wilku? - Wilk, nieco zaskoczony, odpowiada:

      Nie mieści się w pale,
      że ty po sygnale...
      Zdolność nadzwyczajna;
      dar jasnowidzenia?
      Linia ta jest tajna
      i żadni jej szpiedzy
      według mojej wiedzy
      namierzyć nie mogą;
      mam zabezpieczenia
      przed intencją wrogą,
      a sprawa jest taka:
      z jakąś agenturą
      Babcia ma kontakty.
      Całkiem bez przyczyny
      z miną sangwiniczną
      popija stoliczną
      wraz z Koryntu córą,
      kawior żre i bliny
      i tańczy trepaka.
      Nagie to są fakty.
      Jeśli to jest zdrada...
      Rusz tyłek zza biurka
      i wezwij Kapturka;
      wyślij go bez zwłoki,
      niech Babcię wybada,
      wyciągnie sekrety.
      B. lubi gadżety,
      włóż więc do koszyka
      jedną działkę koki,
      malutkiego drona,
      błazeńską czapeczkę,
      musi być czerwona,
      do tego wódeczkę,
      pięć butelek wina,
      jajek pół tuzina
      i udko z indyka.

      Nuda niemile zdziwiony:

      Czemu ja? Czemu on?
      Typ to jest szemrany;
      ledwo już łapie pion,
      trzyma się wciąż ściany.
      Może być pomocny
      jako portier nocny,
      napisze ustawę
      albo zrobi kawę,
      lecz żeby na szpiega?
      Przecież to lebiega.
      Masz całą machinę,
      tajniaków plejadę,
      a ja za godzinę
      na narty już jadę.

      Wilk sycząc:

      Possłuchaj kolego;
      trafić chcesz do paki?
      Jessteś tam dlatego,
      żeś bardzo nijaki.
      Ja paluszkiem skinę,
      krzywą zrobię minę
      i będzie ustawa.
      Twoja władza mgława
      przeminie jak jętka.
      Trzymaj się więc planu,
      hołduj swemu panu,
      boć ty jesteś dętka,
      ssparciała opona.
      Z Babcią, to nie żarty;
      nie rób mnie w balona;
      zdążysz na te narty.

      AKT II.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Cóż to jest za bzdura,
      jakaż to obłuda;
      to już dyktatura!
      A rezydent Nuda?
      Kim on jest w istocie?
      Czy cztery litery
      wilczemu despocie
      wylizuje ciurkiem
      na zmianę z Kapturkiem,
      czy tylko od święta?
      Niech się, do cholery,
      wreszcie opamięta...

      Czerwony Kapturek usiłuje podśpiewywać przy goleniu:

      Mówiąc bez ogródek:
      ciemny jest ten ludek,
      który w wodza słowa
      bezkrytycznie wierzy,
      chociaż jego mowa
      nie trzyma się kupy...
      Zawsze w wilczej sforze
      znajdą się klakierzy
      i karierowicze,
      co nawet zbrodnicze
      akceptują rządy
      i wodza poglądy
      z gruba ociosane,
      w potocznym odbiorze
      często nazywane
      "zawracaniem dupy".
      Babcia już afery
      wykreował cztery;
      uderza mu władza.
      Szpila mu dogadza,
      zapewnia mecyje,
      Mario chryje kryje,
      a ja, jako były
      prokurator stanu,
      zabezpieczam tyły
      członkom tego klanu.
      Tylko ta facjata,
      którą w lustrze widzę,
      wygląda jak szmata...
      Sam siebie się brzydzę;
      byłem piękny, młody,
      miewałem przygody,
      ale cóż - te lata...
      Czas człeka przygniata.
      O! Coś mi tu brzęczy;
      znowu ta maruda?
      Gostek mnie zadręczy;
      tak - niestety Nuda...

      - ...OK, chwila, zaraz będę. - Kapturek kończy połączenie i udaje się do pałacu bram.

      AKT III.

      Stara wrona:

      Kraa...
      No, to już ciekawie
      akcja się rozwija;
      kauzyperda śliski,
      ta podstępna żmija,
      firmuje bezprawie
      swej szemranej kliki,
      kalkulując zyski,
      ciułając grosiki.
      Jak sobie poradzi
      w wyjątkowym stanie
      ten charakter gadzi;
      wypełni zadanie?

      Stodoła na skraju puszczy - przerobiona na luksusowy hotel. Na parking zajeżdża poszóstna karoca. Jej zawartość, w postaci tłustego biskupa i właściciela stodoły, udaje się do apartamentów. Po chwili z lasu wychyla się Czerwony Kapturek z koszyczkiem, rozgląda się czujnie i podchodzi do bramy. - Ty szto? - odzywa się głos. - Ja do Babci. - A... wejść. - Ochrona po wylegitymowaniu gościa - kieruje go do hotelowego spa...
      Kapturek słysząc gwar, chowa się za kolumną i dyskretnie obserwuje obszerne pomieszczenie. Babcia, pławiąc się w jacuzzi w towarzystwie animatorek i asystenta, wesoło pokrzykuje:

      Wina, wina dajcie
      jeszcze ze dwie skrzynki,
      moje wy ślicznotki,
      urocze dziewczynki;
      chcę, byście wypiły
      tu ze mną w dżakuzi.
      Wdzięków nie skrywajcie
      i dajcie mi buzi,
      a ty, mój paniczu,
      Bartusiu przemiły,
      czytasz w mym obliczu,
      że lubię łaskotki.
      Bierz się do roboty
      dziarsko, bystro, szybko;
      lubię twe pieszczoty
      moja wielka rybko...

      Do spa wchodzi biskup, trzymając w ręku kropidło. Nie wygląda na zaskoczonego obecnością rozbawionego towarzystwa:

      Czy ja Babciu mogę
      wejść do waszej grupki?
      Cudne, widzę, stópki
      mają te dziecinki;
      ciężką miałem drogę.
      Łyknę sobie drinki,
      pokropię co trzeba,
      wypędzę szatana
      i przychylność Nieba
      wymodlę dla pana.

      Babcia z entuzjazmem:

      Właźże katabasku
      do naszej wanienki;
      znajdziesz tu wódeczkę
      i gołe panienki.
      Pieprzyć rytuały,
      tu są sami swoi;
      nalej se gorzały,
      to cię uspokoi.
      Zrzuć szatki grubasku
      i zamocz dupeczkę;
      zaraz się, hultaju,
      poczujesz jak w raju.
      Ja, chociażem stary
      wielbiciel Guevary,
      co klechów za biesy
      uważał paskudne,
      teraz interesy
      robię z nimi cudne.
      Ty wiesz, o czym mowa,
      księże kapelanie;
      sprawa rozwojowa,
      więc niech tak zostanie.

      Czerwony Kapturek notuje skrzętnie, schowany za kolumną. Czeka na rozwój sprawy, ale takowy nie następuje. Zniecierpliwiony decyduje się na wyjście z ukrycia:

      Witaj Babciu miły;
      służby mnie wpuściły.
      Wpadłem - uniżenie
      zapytać o zdrowie.
      Oby cię bogowie
      i wszyscy anieli
      w opiece swej mieli,
      dobroczyńco wielki.
      O twoich przymiotach
      ćwierkają wróbelki,
      powstają sonety...
      Entliczek pentliczek,
      pełen mam koszyczek:
      podarki i wety
      dobre na strapienie.
      Pamiętaj kolego;
      jestem tu od tego,
      by pomóc w kłopotach.
      Odpraw te dwie lale,
      pazia i tłuściocha;
      niech klepie pacierze,
      lepsze w tym przypadku
      dla starych ramoli,
      choć zapewne woli
      klepanie pośladków.
      Damy sobie w nocha,
      pogadamy szczerze
      jak w konfesjonale.

      Wtrąca się biskup:

      Ja muszę się wtrącić,
      nie po to by mącić,
      lecz trochę szacunku
      wymagam jedynie.
      Jestem zaproszony
      tu przez gospodarza
      tej skromnej chatusi,
      która z wygód słynie.
      Pobyt mój jest krótki,
      prywatny w istocie;
      czasem biskup musi
      po ciężkiej robocie
      relaks zrobić w wannie.
      Tkwiąc na posterunku
      niemal nieustannie,
      głodny i spragniony,
      diabłu się naraża.
      Różne tego skutki
      widać na mym zdrowiu:
      zszargane mam nerwy,
      modlę się bez przerwy,
      stale w pogotowiu.
      Jak w stresie żyć można
      tydzień, miesiąc cały?
      Zużywam w tym czasie
      cztery pastorały,
      gdyż tłuszcza bezbożna,
      nie mówiąc o prasie;
      zewsząd mnie oblega.
      Po łbach bić więc trzeba,
      traktować ich z góry,
      bo ja - z woli Nieba:
      alfa i omega;
      dbam o dzieło boże
      i walczę bez lęku,
      kiedy wokół morze
      rui i porubstwa...
      Zostają mi w ręku
      jeno kurwatury,
      ale to są głupstwa;
      zrzucą się rodacy
      na sprzęt dla mnie nowy;
      zostawią na tacy
      piniądz papierowy.
      Płatność zaś za wodę
      kwestią jest otwartą.
      Kościół dał swobodę:
      płacić można kartą.
      Od litra pińć złoty
      plus koszty święcenia,
      choć cena się zmienia
      w środy i w soboty.

      Czerwony Kapturek wzdycha:

      Biskupie pazerny;
      gadaj sobie, gadaj;
      nikt tego nie kupi.
      Bronisz sempiterny,
      a każde twe słowo,
      to dowód skończony,
      że bezpardonowo
      KK wiernych łupi;
      więc już lepiej spadaj,
      bom zniecierpliwiony.

      Biskup spada. Babcia, zaskoczony wystąpieniem Kapturka:

      Nu już chwatit, spoko;
      coś taki nerwowy?
      To nie jest ksiądz Oko,
      tylko szeregowy
      kolekcjoner stópek,
      co faktu nie zmienia,
      że poczciwy głupek
      jest to bez wątpienia.
      Daj mi swoje dary
      przyjacielu stary;
      wyjaśnimy sobie,
      co masz na wątrobie
      i jaka to siła
      do mnie cię przysyła.
      Podstęp wilczy czuję.
      Czy on mnie uważa
      za jakowąś szuję
      i wazeliniarza?
      Wszak po jego zgonie
      ja siąść mam na tronie.

      Kapturek, obcykany w prokuratorskiej robocie, pozwala sobie na bezczelność:

      Ech, kmiocie naiwny,
      że tak spostponować
      muszę cię otwarcie;
      ja byłem przeciwny,
      by cię wizytować,
      choć masz na sumieniu
      podejrzane sprawki.
      Weź te swoje prochy,
      ulubione żarcie
      i różne zabawki;
      tyś jak od macochy...
      Ktoś tam w twoim cieniu
      nieładnie się bawi
      dyskontując szczwanie
      charakter twój pawi.
      A kto za tym stoi?
      Kto z Wilkiem zadziera?
      Oto są pytania...
      Zdemaskuję drania,
      podejmę wyzwanie.

      Cicho do siebie:

      I zacznę od Zera,
      może to on broi...

      Głośno do Babci:

      A teraz do rzeczy:
      bliny i kawiory
      wzięły się w twej diecie,
      a ty byłeś chory
      z nienawiści przecie
      do bliskiego wschodu,
      mimo że za młodu
      inne miałeś sądy.
      Czemu twe poglądy
      znów uległy zmianie;
      czyżbyś wpadł w pułapkę?
      Skończże błaznowanie
      i odłóż tę czapkę;
      rzeczywistość skrzeczy.

      Babcia już na lekkim odlocie:

      Ach, kawior i bliny;
      to znaczenia nie ma;
      twe aluzje, drwiny...
      Sądzę, że to ściema.
      Odmawiasz mi cnoty?
      Wszyscyśmy ofiary
      wilczych fanaberii;
      kto ma w tej koterii
      kartotekę czystą?
      Od brudnej roboty
      jesteś specjalistą,
      wilcze znasz więc prawa,
      a najbardziej zwłaszcza:
      "nie oddam ci płaszcza".
      Nie dziw się więc stary,
      sławetny opoju,
      że burczy mi w głębi,
      kiedy kreatura
      twojego pokroju
      śledztwo przeprowadza.
      Mnie twoja wyprawa
      ni grzeje ni ziębi.
      Tak samo mnie śmieszy
      jak monolog kleszy.
      Kiedyś wilcza władza,
      dla wielu ponura,
      minie i oberwie
      każdy z nas po zadku.
      Co wiedzieć chcesz bratku?
      Co trzymasz w rezerwie?

      Kapturek, lekko zaniepokojony:

      Nie mam złych zamiarów,
      ale po kolei:
      wyjaśnij mi czemu
      odstają ci uszy
      i bez okularów
      patrzysz na mnie z bliska
      i dlaczego nowe
      całkiem masz zębiska?
      Czy w tej leśnej głuszy,
      w białowieskiej kniei,
      ciemne jakieś siły
      tak cię przemieniły?
      No i po mojemu
      przez wciąganie koki
      schodzisz na manowce.
      Bierzesz dupę w troki,
      zabawiasz się mile,
      jak ci na Rublowce,
      i sprawy państwowe
      pozostawiasz w tyle.
      Jeśli zwęszę zdradę,
      stracisz tę posadę.

      Babcia wstaje, szczerzy zęby w uśmiechu. Zbliża się do przerażonego Kapturka. Wielki cień na ścianie eksponuje odstające, stożkowate uszy. Kapturek cofa się, potyka i wpada do jacuzzi. Ponieważ jest uczulony na bąbelki - ginie w męczarniach.
      Babcia do siebie:

      No, jasna cholera;
      przykre to zdarzenie.
      Śledczy o tym stażu
      nie poznał się w porę
      na mym kamuflażu,
      który już od dawna,
      jako rzecz zabawna
      robi tu furorę.
      Takie mam wrażenie,
      że zbyt on był spięty
      i trafił dlatego
      w dżakuzi odmęty;
      szkoda cię kolego...
      Zadzwonię do Zera.

      Zero, poinformowany przez Babcię o tragicznym zejściu Kapturka, nie ukrywa satysfakcji:

      Świetna to wiadomość,
      że zszedł ten jegomość.
      Na moim był tropie;
      wiesz coś o tym, chłopie.

      Babcia:

      A ty co? Podsłuchy
      w moim masz klozecie?
      Układ nasz jest kruchy;
      pamiętaj walecie.

      AKT IV.

      Stara wrona:

      Kraa...
      Nie poradził sobie
      ten kauzyperda;
      będzie zapomniany,
      a na jego grobie
      ogonkiem zamerda
      tylko pies zbłąkany.
      Kto Babci zagraża?
      Zero czy red. Czwartek?
      Może problem stwarza
      miły misio Bartek?
      A co na to teren;
      tak zwany "suweren"?

      Zero, po rozmowie z Babcią udaje się do Wilka i oczywiście się płaszczy:

      Witaj Naczelniku.
      Ja zawsze, ja z tobą,
      całą swą osobą...
      Szkoda mi Kapturka.
      Choć był pijaczyną;
      szok to dla mnie wielki.
      Wyrazy współczucia.
      Według mnie przyczyną
      nie były bąbelki;
      to nie był wypadek.
      Zszedł on był w wyniku
      złowrogiego knucia.
      Babcia jest nieszczery;
      urwał się ze sznurka.
      Był tam jakiś świadek?
      Sprawdź zapis z kamery...

      Wilk:

      Coś ty mulisz Zbyniu
      jak mucha w budyniu.
      Nie dość, że się wtaszczasz,
      bezczelnie rozpłaszczasz,
      to jeszcze gotowy
      scenariusz spiskowy
      podsuwasz, atoli
      konkretne mam zdanie
      o twojej w nim roli;
      przekazie fałszywym.
      Melduje mi wtyka;
      nazwę go - Myśliwym,
      że fakt - Babcia bryka,
      lecz jest rozwiązanie...
      Mario - podaj buty!
      jedziemy na skróty
      z naszym dzielnym BOR-em
      już dzisiaj wieczorem...

      AKT V.

      Stara wrona:

      Kraa...
      A "suweren" milczy...
      Czy to terror wilczy,
      konformizm paskudny?
      Nie - to pogląd złudny,
      że zło się oswaja
      nie wchodząc mu w drogę
      i w cieniu wystarczy
      przeczekać pożogę;
      "moja chata z kraja"...
      Śmieszne - jak ktoś swoją
      wolnością frymarczy
      jęcząc, że go gnoją.

      Suwerenka do suwerena:

      Cóś nam się tej wiosny
      rozkraczyły wrony...
      Rok będzie radosny,
      czy na odwrót - płony?
      Słyszałam nad ranem
      dzisiaj jakieś huki.
      Czy to Kachna z Janem,
      czy jakieś dybuki
      po nocy tu straszą?
      Co ty na to - stary?
      Masz tu zrazy z kaszą
      i cztery browary...

      Suweren do suwerenki:

      W nocy się zderzyły
      rządowe kolumny...
      Te huki, co były...
      Widziałem tam trumny,
      dużo było szumu.
      Naród pono w szoku;
      szczęściem - my na boku.
      Przeczekamy, stara;
      my z dala od tłumu.
      Chodź na bara-bara...

      Koniec bajki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Dekapturkizacja.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2017 11:55
  • sobota, 04 lutego 2017
    • O nieodpartej potrzebie salutowania

      Dopóki nie wystygło. Chociaż, jak znam życie, różne redaktory, z braku poważniejszych zajęć, będą to wałkowały na wszystkie strony.

       

      Sprawa byłaby w swej istocie śmieszna, ale… Wypowiedzieli się gen. Polko i gen. Skrzypczak. Za co ten ostatni wyleciał ze stanowiska. Nawet sam dowódca Logistyki uznał za stosowne wydać rozkaz przypominający regulamin w tym zakresie, przemianowany potem w telewizorze na opinię. Słyszałem też wypowiedź jakiegoś podpułkownika z, chyba,  wojsk ochrony wybrzeża, a może Dowództwa Pomorskiego Okręgu Wojskowego (sądząc po berecie)? Ten ci zasunął teorię o potrzebie salutowania dla okazania szacunku. I jako przykład niepodlegający dyskusji podał, że żołnierz przecież salutuje także profesorowi wyższej uczelni. Do tego chciałem się odnieść. Bo przypomniała mi się w związku z tym historyjka z życia mojego wydziału, którą nazywamy „Adam ratuj”.

      Było tak. Mieliśmy u siebie kolegę, który osiągnął tytuł profesorski z pełnymi szykanami. Mniejsza o walory intelektualne, bo nie w tym rzecz.  Zaczął wtedy reprezentować nas za granicami. A to na staż do  Ameryki wyjechał, a to na wczasy do Tunezji. I po każdym powrocie snuł opowieści o swoich przewagach weterynaryjnch na tamtych polach. W Ameryce było poważnie i ciężki sprzęt był w użyciu. Mianowicie na polu krowa się położyła i wstać nie chciała. Przybiegło do Adama kilku pracowników z obłędem w oczach i lamentem: „Adam ratuj!”. Pobiegł, zobaczył, postawił diagnozę i zalecił terapię. Traktor kazał przyprowadzić, przyprząc zwierzę i pociągnąć. Aż scena z Sienkiewicza się przypomina, kiedy Azja Tuhajbejowicz do Luśni woła: „aby równo nawlekaj”. Podobno wstała. Azja zresztą też.

      Z kolei w Tunezji, na ichniejszym targu popłoch się był razu pewnego wszczął i harmider. Nasz Adaś spokojnie się przechadzał wśród kramów wypatrując co by tu kupić, nagabywany natrętnie przez przekupniów. Nagle ktoś szarpie go za rękaw błagając: „Panie profesorze, panie profesorze, wielbłądzica nam choruje. Adam ratuj”. Weterynarz jak ratownik, zawsze na posterunku, zawsze gotowy i ze sprzętem. Prosić długo nie trzeba. Uratował. Chyba.

      Tak mi przyszło do głowy. Czterdzieści lat mam do czynienia na stałe z różnymi profesorami. Mądrymi głupimi i takimi sobie. Jak którego znam to znam. Ale w życiu nie byłbym w stanie rozpoznać nieznajomego mi profesora na ulicy na pierwszy rzut oka. Na drugi zresztą też. A tu proszę: bazarowy przekupień w Tunisie i wojskowy w naszym pięknym kraju bez żadnego problemu. I od razu z pełną tytulaturą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (268) Pokaż komentarze do wpisu „O nieodpartej potrzebie salutowania”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      paradox-57
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lutego 2017 13:50
  • poniedziałek, 09 stycznia 2017
    • Gronostaj podwójnie udomowiony

      Wiekopomną jest  transakcja wicepremiera Piotra Glińskiego, który nabył dla Polski zbiory zacne, acz nie tylko w Polsce od ZIZ w. obecne, ale i niemożliwe z niej do wywiezienia, a poza tym niezbywalne ani w całości, ani w części.  Zrobił więc wicepremier interes na miarę zakupu Kolumny Zygmunta. Taki interes (niekiedy z dodatkiem tramwaju) oferowali zwykle skromnym przybyszom z Małkini bądź Ożarowa osiedli w stolicy ptaszkowie niebiescy alias chłopaki z ferajny, których Mistrz Wiech barwnie opisywał.  Do istoty tych transakcji należało solenne zapewnienie, że cna jest bajecznie niska; że właściwie jest to prawie darmo, no - wręcz ("bo pana lubię") darowane.

      Klient z Ożarowa albo też Małkini wszelako frycowe stołeczne płacił z własnej kieszeni. Wicepremier niekoniecznie. Jaka jest racja takiego interesu?  Jest ona doskonale jednostronna; i ma ją ta strona, która dostała zapłatę. Perła w koronie kolekcji, Leonardowa "Dama z gronostajem", nie stała się od tej transakcji bardziej polską własnością, niż była. Środki, wyłożone na to ekstra udomowienie panny i gronostaja to są te same środki, które nie będą mogły być użyte np. na aukcjach, na których nieraz pojawiają się bardzo wartościowe polonica. Osobiście pamiętam niejedną zatrważającą żebraninę, do której musiało się uciekać np. Towarzystwo im. Fryderyka Chopina, żeby zakupić jakiś z nagła objawiony rękopis. I zdarzało się, że kwoty potrzebnej nie udało się na czas zdobyć.

       

      Nawet nie to jest najgorsze, chociaż niedorzeczne i plotki rozliczne rodzące. takie, m. in., że ma być jakowaś koneksja między Glińskimi a Czartoryskimi. Tak, ta plotka jest ze złej woli i niewiedzy, bo jak raz ten Gliński nie z rodu kniaziowskiego się wiedzie, więc mu Czartoryscy żadni powinowaci ani swaty (a czy oni z kniaziami Glińskimi byli swaty czy braty, to mi  jak raz sprawdzać nie po drodze). Krążyć zaczynają i wieści inne, przyziemne wielce i nie do rodowych sentymentów się odwołujące. Najszpetniejsze jest to, że - jak roztropnie Piotr Piniński napisał - zapaskudzono  objaśnieniem nie tyle nawet mętnym, ile wprost fałszywym, szlachetną ideę darowizny.

      Oddając rodzinie Pinińskim sprawiedliwość, bo też dary zasobne krajowej kulturze ofiarowali, przyznam, że z wielkim dyzgustem całkiem prywatnej natury do tego mętniactwa podchodzę. Nie aby moja familia jakoweś też cenności nadzwyczajne deponowała czy darowywała (bo tam jeśli jakoweś van się poniewierały, to prędzej van Knooty niż van Dycki). Przykrość jest przez pamięć Prof. Karoliny Lanckorońskiej, Wspaniała ta Dama, co do Niej należało z cennych (a nieraz bezcennych) ruchomości, zapisała m. in. Wawelowi, Zamkowi Królewskiemu w Warszawie i Bibliotece jagiellońskiej.Tak po prostu. I to był zbiór, który do Polski przyjechał - bo tym się od zbiorów Czartoryskich różnił, że wcześniej go tu nie było.

      I nie tylko tym się Karolina Lanckorońska zasłużyła - ale i wiedzą wielką oraz życzliwością dla polskich doktorantów (i starszych uczonych). Założona przez Nią w 1967 r. fundacja wspierała instytucje naukowe  kulturalne.  To był dar, składany przez kilkadziesiąt lat. Uhonorowały Panią Profesor dwa polskie uniwersytety. Mam mocne poczucie, że propozycja innej, niż symboliczna nagrody byłaby w oczach Karoliny Lanckorońskiej uwłaczająca.

       

      ***

      Tego niesmaku, jaki zostaje po zrównaniu szczodrości z handlem opędzić nie daję rady.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (468) Pokaż komentarze do wpisu „Gronostaj podwójnie udomowiony”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      jael53
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 stycznia 2017 11:03
  • czwartek, 10 listopada 2016
    • Przygody Pikusia. Koniec. Zhēnde jiéshù. Realmente o fim. Пиздец. Cz. II

      33.
      Nie było pereł, diamentów i złota,
      Za to badziewia różnego - bez liku;
      Jakaś koszmarna, nieziemska lichota,
      Niczym wystawa taniego sklepiku,
      Czy zakurzona w chybziku gablota
      Z eksponatami z chińskiego plastiku.
      Po cóż to wszystko? Czyżby ten wysiłek
      Miał Prezesowi uratować tyłek?

      --------------

      34.
      Zakładać musiał, że Projekt ów chory
      Nigdy na Ziemi nie znajdzie uznania.
      Plan miał, że wszystkie osobiste zmory
      Tam pozostawi - jak stare ubrania,
      A tu rozpocznie never ending story,
      Gdyby dojść miało kiedyś do wygnania
      I nieśmiertelność będzie spędzać sobie
      Jak w tej powieści? Jak w: "Na srebrnym globie..."?

      35.
      Plan ryzykowny - ludzka partanina
      Zniweczyć może najchytrzejsze plany
      Prezesa bogów lub dżinnów tuzina...
      Sam demiurg, choćby najbardziej narwany,
      Stanie przed ścianą, gdy jakiś chłopina
      W randze konsjerża, kompletnie pijany,
      zatrzaśnie bramę zamaszystym gestem
      i wybełkoce: "Pan wie - kim ja jestem?".

      ***
      36
      Gdzieś pod warszawską siedzibą Centrali,
      A może jednak było to w Sopocie;
      Konspiratorzy cichcem się zebrali,
      By porozmawiać o pewnym kłopocie,
      Który już urósł do kosmicznej skali;
      Składy słodyczy i figury kocie
      Wywiad namierza w wielu miejscach kraju;
      Wszystkie są tego samego rodzaju...

      37.
      "Mnie się kojarzy z tym ósmym z "Nostromo";
      Potwór i liczne wszędzie jego jaja...
      Myślę, że Prezes nie jest żadnym homo,
      Tylko insektem, a celem hultaja
      Jest pełna władza nad światem - wiadomo!
      Takich Prezesów wkrótce będzie zgraja",
      Rzekł jeden z szefów podziemnej struktury;
      "To są zapasy dla progenitury".

      38.
      Drugi wystąpił i mocnymi słowy
      Niemrawą klechów wykpił dyktaturę:
      "Ten Zakon wchodzi w okres już schyłkowy;
      Łakocie? - humbug - czuję to przez skórę,
      A magazyny - widok groteskowy;
      Kto nabrać da się na kolejną bzdurę,
      Gdy uświęcone prawem przepowiednie,
      Dawno uznano za naiwne brednie.

      39.
      Nikt z nas Projektu nie widział na oczy
      I wielu sądzi, że to popis blagi.
      Tekst ma rzekomo charakter proroczy;
      Prorocy często różne biorą dragi,
      Wiedząc, że kiedy umysł się zamroczy,
      Mniejszej - do wizji - potrzeba odwagi,
      Bez świadomości, że te w głowie biesy,
      To są szczególne chemiczne procesy".

      40.
      Trzeci był Aleks - ten z poważną miną
      stwierdził: "Ta władza prawie jest skończona,
      To fakt, lecz wygrać z zakonną machiną
      Może jedynie silnie zjednoczona
      Liga oporu; samą tylko kpiną
      Nikt bandy zbirów przecież nie pokona.
      Drapieżnik może, przyparty do ściany,
      Kąsać - dotkliwe zadając wciąż rany.

      41.
      W powrót Pierwszego mało kto już wierzy,
      A co do władzy, która jest w odwrocie;
      Wciąż jeszcze wsparcie mają ci gangsterzy
      w służbach i w wojsku - tak to jest w istocie.
      Nasz główny problem: przekonać żołnierzy,
      Którzy już całkiem po uszy tkwią w błocie,
      Choć trudno błotem nazwać takie szambo;
      Że nikt z nich nie jest i nie będzie Rambo.

      42.
      Ich boss - zakonny minister obrony,
      Szkodnik umysłów - gorszy od zarazy.
      W każdej przemowie plecie farmazony
      I spicz ten zawsze pełen jest emfazy.
      Te jego oczy... stale napalony,
      Nie przymierzając - jak klucznik Gerwazy.
      Tamten miał jakieś jednak priorytety,
      Ten nie ma żadnych - pusty łeb niestety...

      43.
      Zwierzchnik policji, cokolwiek to znaczy,
      Na ogół mówi zupełnie od rzeczy.
      Klon poprzedniego albo typ bliźniaczy,
      Równie stuknięty - też sam sobie przeczy.
      Czego się dotknie - natychmiast spartaczy;
      Gość ten wymaga psychiatrycznej pieczy,
      Bo już od dawna w jakimś jest obłędzie;
      Kolejny mnisi błazen na urzędzie.

      44.
      Mógłbym tak dalej jechać jeszcze z listą,
      Na której większość - czarne charaktery.
      Każdy z nich draniem jest i arywistą
      szerząc bezprawie - wszystko dla kariery.
      Ich patron także nie był legalistą;
      Krew jego jakby z Lucyfera sfery.
      Tropiąc za życia mityczne układy
      Na kraj nie baczył i ten zszedł na dziady...".

      45.
      Przerwał był Aleks, albowiem pytanie
      Istotne zadał ktoś z sali, z publiki:
      "Mówisz, że siłę mają jeszcze dranie,
      A skąd ją czerpią? Kim są te ludziki?
      Bezwład, anarchia, pełne załamanie
      jest w gospodarce - fatalne wskaźniki.
      Na cóż więc wasze zdają się tyrady,
      Gdy państwo stoi u progu zagłady?".

      46.
      Na takie dictum acerbum, znienacka
      Niandi, co skromnie przycupnęła w kątku,
      Wtrąciła: "Zgoda, władza to łajdacka,
      Lecz nawiązując do twojego wątku:
      Odrąbiesz jedną - wnet odrasta macka;
      Walkę zaczynać trzeba od początku.
      Dopóki Projekt nie zostanie zdjęty,
      Trzymać się będą te zakonne męty.

      47.
      Już pięć lat temu plan mieliśmy taki,
      Ewakuując Pikusia Czwartego.
      Wyraźne bowiem istniały poszlaki,
      Że spotkać może chłopaka coś złego
      Z regenta ręki; chciały te łajdaki
      Odpowiedzialność przerzucić na niego
      Za swoje błędy, przekręty i draństwa,
      Degrengoladę i upadek państwa.

      48.
      Ja, tak jak Aleks - pewność mam niezbitą,
      Że jeśli wspólne uzgodnimy cele,
      To regent wkrótce będzie już banitą.
      Bałwan koszmarny i jego czciciele,
      Wraz z tą przegniłą kapłańską elitą,
      Znikną na zawsze, a przynajmniej wiele
      Wody upłynie w naszej pięknej Wiśle,
      Nim zło znów w chorym zrodzi się umyśle.

      49.
      Zniszczyć potwora! Odebrać zabawki
      Załganej klice! Kto podłości zliczy
      Wszystkich sługusów i głównej pijawki,
      Regenta, który szajce przewodniczy
      Lat już szesnaście? Jest na czele stawki
      Nieokrzesanej aroganckiej dziczy,
      Co kraj ten niszczy przynajmniej od wieku...
      Takiego właśnie trzeba na to leku.

      50.
      Jeśli jest prawdą, że w kriostazy stanie
      Upiorny starzec na powrót swój czeka
      Chcąc śmierć oszukać i ulec przemianie...
      Kto umrzeć nie chce, jak mawiał Seneka,
      Żyć nie potrafi; moje domniemanie,
      Że w nim niewiele zostało z człowieka,
      Na wnioskach własnych oprzeć tylko mogę;
      Czasu jest mało - ruszam zatem w drogę.

      ***
      51.
      Dwoje mieszkańców puszczańskiej sadyby,
      Pilnie studiując potrzebne nauki,
      Życie beztroskie prowadząc jak gdyby
      Pomiędzy bobry, sarny i borsuki;
      Zioła zbierało, jagody i grzyby,
      Nie przeczuwając, że głuche pomruki
      Z lipcową zwykle powiązane burzą,
      Tym razem zmiany radykalne wróżą.

      52.
      Domek ich mały, starannie ukryty,
      Żeby go wrogie nie spostrzegły drony,
      By celem nagłej nie stał się wizyty
      Służb policyjnych; został otoczony
      Specjalną siatką; nawet z satelity
      Niedostrzegalną; od północnej strony
      Był staw, bagnisko, przybrzeżne szuwary;
      W nich ptactwo świetne i owadów chmary.

      53.
      Z dwóch stron ogródek, który Juli żmudnie
      Pielęgnowała przez ostatnie lata;
      Skromny, niewielki, ale bardzo schludnie
      Wyglądał: z boku ziołowa rabata
      Mocno pachnąca w upalne południe,
      Dalej ogórki, przeróżna sałata,
      Bo w tym ogrodzie warzywnik był spory,
      Gdzie część największą miały pomidory.

      54.
      Gdy przed śniadaniem dziewczyna spojrzała
      W niebo, na błękit mgłą lekką zasnuty,
      Dreszcz nią potrząsnął; cukinia dojrzała
      Z ręki wypadła, mijały minuty,
      A ona dalej w osłupieniu stała
      Jak w transie nagłym, potem zaś na skróty
      Biegła do chaty; usiadła zdyszana,
      Osłabła całkiem - zadrżały kolana.

      55.
      Serce waliło, pulsowały skronie;
      Niczym napięta czuła się sprężyna
      I zdało jej się, że za chwilę spłonie;
      "Dziwnie się czuję; jaka jest przyczyna?".
      Do twarzy chłodne przyłożyła dłonie.
      "Pi wkrótce wróci - została godzina;
      On teraz pewnie karmi jeszcze bobry...";
      Wtem usłyszała zza pleców: "Dzień dobry".

      56.
      "Witaj siostrzyczko, coś mina nietęga
      U ciebie, zimne na stole śniadanie...
      Coś tu się, widzę - gwałtownie wylęga;
      Dawniej mówiło się, że zakochanie,
      To moc jest taka, co do gwiazd aż sięga;
      Jeśli tej mocy na drodze ktoś stanie,
      Niech się spodziewa, że w imię miłości
      Porachowane składać może kości.

      57.
      I nie zaprzeczaj - zmienne masz nastroje;
      Widać to zaraz na pierwszy rzut oka.
      W odosobnieniu mieszkacie oboje
      Od lat już kilku; kończy się epoka
      Szubrawców; w kraju liczne niepokoje
      I strajki; zmiana kroi się głęboka;
      Wszystkich nas dotknie, co nie znaczy wcale,
      Że twe rozterki traktuję niedbale.

      58.
      Piotr towarzyszem twoim jest w tej głuszy,
      Bo tak wypadło, tak Rozalka chciała;
      Ja się zgodziłam, gdyż jestem po uszy
      W tym ruchu; Juli - chcę byś zrozumiała
      Moją decyzję, choć może nie wzruszy
      Cię tłumaczenie, próba ta nieśmiała
      Wyjaśnień moich, ale może dotrze...
      O! Któż to wrócił? Witaj w domu Piotrze.

      59.
      Wpadłam na krótko; niecierpiące zwłoki
      Sprawy czekają, choć bardzo mnie boli
      Ta sytuacja; tu piękne widoki:
      Dynie, karczochy, zagony fasoli,
      Słowiki, kosy i skrzeczące sroki
      I zapach lasu, którym się do woli..."
      "Och, przestań Niandi" - Juli raka spiekła,
      Wstała gwałtownie i z izby uciekła.

      60.
      Pi, w progu stojąc - zapytał zdziwiony:
      "Niandi, co Juli takiego się stało?
      Czy nie wiem o czymś? Fakt - jestem spóźniony,
      Ale karmienie dziś się przeciągało,
      A potem jeszcze sprawdzałem osłony,
      Bo ostrożności nigdy nie za mało;
      Przesadzam może z nadmiarem czujności,
      Lecz nieproszonych uniknąć chcę gości.

      61.
      Jeśli się ona trochę na mnie boczy
      I są ku temu istotne przyczyny,
      To czemu zamiast sobie w cztery oczy
      Wyjaśnić sprawę... czy wszystkie dziewczyny
      Tak robią? Ona wciąż ze mną się droczy
      I obrażone pokazuje miny;
      Nie wiem co myśleć - trudno fochy znosić;
      Jeśli jest za co - mogę ją przeprosić".

      62.
      "Piotrze, jeżeli twoją coś jest winą...
      Jedyne, co mi przychodzi do głowy;
      Że chłopcem jesteś - a Juli dziewczyną;
      Problem odwieczny, na pewno nie nowy,
      Więc się nie przejmuj obrażoną miną;
      Do tego jeszcze żar zwykły lipcowy...
      Ona ochłonie, tego jestem pewna;
      To nie jest żadna kapryśna królewna.

      63.
      Pilnuj mi siostry, nie zważaj na fumy,
      Choć nieraz jeszcze da ci do wiwatu;
      Wiem, że cierpliwość twoja nie jest z gumy..."
      "W porządku Niandi - nie ma już tematu;
      Oboje z Juli mamy swe rozumy
      I obiecuję - nie będzie dramatu.
      Rób to, co musisz - dzięki za nauki;
      Mocno będziemy trzymać za was kciuki".

      ***

      64.
      W czasach zamierzchłych, kiedy to Warszawa
      Tłem była tamtej śmiesznej koronacji
      Człowieka, który takie tylko prawa
      Uznawał, jakie dla jego formacji
      Przydatne były, czyli Jarosława
      Wielkiego, wedle rządzącej narracji;
      Zwalczać jął reżim wszelkie wolne słowo,
      Szybko działając i bezpardonowo.

      65.
      Stare płonęły wkrótce księgozbiory...
      Zdarzenia takie wielokroć bywały,
      Kiedy po władzę sięgały bandziory
      Lud za nic mając; gdy na piedestały
      Terror wpychano, a zamiast agory
      Sądy doraźne - dla tyrana chwały;
      Dla wrogów ludu zaś - zapowiedź zguby,
      Za wszelkie buntu przeciw władzy próby.

      66.
      Tak się zaczęło: blokada fejsbuka
      I zaraz potem padło na tłitera...
      Przejęli prasę, też prawem kaduka;
      Gdy net odcięto, zmalały do zera
      Szanse kontaktu - była to już sztuka,
      Zamarła bowiem cała blogosfera.
      Kraj na obrzeżach znalazł się historii,
      Dyktator za to - w pełnej chodził glorii.

      67.
      Problem sukcesji pozostawał żywy,
      Albowiem władca - człowiek już niemłody,
      Nie widział żadnej tu alternatywy;
      Przeciwnie - mając ku temu powody,
      Choć ponad miarę bywał podejrzliwy,
      Bezwzględne zwykle stosował metody,
      Żeby mu która zepsuta kukiełka
      Nie wyskoczyła gwałtownie z pudełka.

      68.
      Umyślił sobie przechytrzyć naturę
      I władzę swoją przedłużyć na wieki;
      By to się stało - musiał dyktaturę
      Zacementować i wtedy powieki
      Zamknąć, zmieniając w dziwną się strukturę;
      Pewien był jednak, że ten czas daleki,
      Gdy go nanity przywrócą do życia
      Nastanie w końcu, więc wyjdzie z ukrycia...

      cdn.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1301) Pokaż komentarze do wpisu „Przygody Pikusia. Koniec. Zhēnde jiéshù. Realmente o fim. Пиздец. Cz. II”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 listopada 2016 13:12
  • środa, 12 października 2016
    • Przygody Pikusia. Koniec. Zhēnde jiéshù. Realmente o fim. Пиздец. Cz. I.

      1.
      W Polsce uparcie trwał reżim Regenta,
      Choć drgawki gołym widać było okiem.
      Już nadchodziła Wielka Irredenta,
      Co dla Projektu miało być wyrokiem,
      A ta nieliczna (jak masońska wenta)
      Grupka palantów nie była już blokiem,
      Zwartym, gotowym na wszystko zespołem,
      Tylko wzajemnej inkwizycji kołem...

      2.
      Na Zakon cały strach padł bowiem blady,
      Gdy niespodzianie zniknął Pikuś Czwarty;
      Jeden drugiemu - gen wytykał zdrady,
      Sprzedajność, chłamstwo, grę w znaczone karty.
      Zza piarowej, nobliwej fasady
      Kadawer wypadł zgnilizną przeżarty,
      Bredząc w rozpaczy, że agonia bliska
      I szans już nie ma na wyjście z bagniska...

      3.
      Tak - perspektywa była nieciekawa,
      A demaskacja - koniec mnisiej kliki,
      Już nadciągała jak płonąca lawa,
      By ogniem ściszyć przerażone krzyki
      Ślepych wyznawców kultu Jarosława...
      Maści, balsamy i anestetyki,
      Którymi sekta kryć chciała podłości,
      Nie pomagały - trąd obnażał kości.

      4.
      W niektórych głowach tliła się nadzieja,
      Że clou Projektu nareszcie się ziści,
      Klęskę odwróci różdżka czarodzieja,
      Że precz odejdą masoni, cykliści;
      Póki ukryte jest serce Kościeja,
      On sam powróci i stajnię oczyści
      Z brudu herezji; imię jego wszędzie
      Powszechnie znane na wieki już będzie.

      5.
      Pikuś - imieniem jednym było z wielu,
      Tego, co rozłam uczynił w narodzie;
      Herakles przy nim - to mucha w kisielu;
      Chwalił się ponoć, że chodzi po wodzie.
      Gdy doń zwracano się: "Nasz zbawicielu!",
      Zżymał się, wrzeszcząc: "Uch, ty ciemnogrodzie;
      Nie jestem bogiem - ja jestem bezkresem
      Tworzącym bogów - Najwyższym Prezesem!".

      6.
      Kiedy komisje i gremia prawnicze
      Opiniowały jego uzurpacje,
      Kamienne umiał zachować oblicze.
      Samotnie jedząc spóźnione kolacje
      Potrafił, chłonąc kawę i słodycze,
      Planować swoje kolejne kreacje.
      Zimny jak lód był - nic go nie ruszało;
      Ani opinie, ani eurociało.

      7.
      Czy mógł być całkiem uczuć pozbawiony
      I niezależny od adrenaliny
      Jak... demon? Kto dziś uwierzy w demony
      Nocą wypełzłe z podziemnej krainy?
      Włączmy cokolwiek - choć stare smartfony,
      Żeby uniknąć już czczej gadaniny;
      Wguglujmy: "demon" i co mamy w Wiki?
      Nic o Prezesie - same ogólniki.

      8.
      Fakt - on był dziwny. Przez kaprys natury?
      Plamy na Słońcu, zmutowane geny?
      Pomyłkę Stwórcy, któremu chałtury
      Też się zdarzają z powodu migreny?
      Trudno przesądzać o przyczynie z góry,
      Zdecydowane wydawać oceny;
      Zamiast dać wiarę jednej z tych teorii,
      Lepiej poczekać do końca historii.

      ***
      9.
      Pięć lat minęło, odkąd leśna głusza
      Dla Pi ujutnym stała się zakątkiem...
      Odważny traper wyrósł z nowicjusza,
      A mała Juli - była już dziewczątkiem.
      Nie wyprzedzajmy jednak scenariusza
      I księżycowym zajmijmy się wątkiem,
      Gdyż zdemaskować fałszywego boga
      Żmudny mógł tylko trud archeologa...

      ***
      10.
      Rok wcześniej - Barman - w księżycowej bazie,
      Pilnie studiując "Błędy Spartakusa"
      Jerga - w zachwycie, prawie że w ekstazie,
      Parbleu! - wykrzyknął - mimo że z lamusa
      Autor - ma rację! Również w takiej frazie:
      "Klęski najczęstszym źródłem - jest pokusa
      Łatwego triumfu, gdy nastroje tłumu
      Sterują wodzem w zastępstwie rozumu".

      11.
      Odłożył książkę, dwa zjadł rogaliki,
      Wypił paskudną, erzacową kawę;
      "Cholera!" - zaklął - "Zupełnie jak siki!
      Na Ziemi piłbym plejstoceńską szczawę.
      Poczytam sobie jeszcze anumliki
      I pora będzie na dzienną odprawę".
      Nie grał twardziela - minę miał zmartwioną;
      Tęsknił okropnie. Za synem i żoną...

      12.
      Wiedział mniej więcej, co tam w trawie piska;
      Świadom, że klesze mocno zmiękła rura,
      Strach przed nicością serce w kłębek ściska
      I drży w posadach zakonna struktura,
      Starał się, żeby dziwne znaleziska,
      Na widok których cierpła mu wciąż skóra,
      Wstrzymały diabła pochód bezrozumny,
      Będąc dla niego gwoździami do trumny...

      13.
      Archeolodzy z płońskiej starej szkoły,
      Ładny tu kawał zostawili życia;
      Zesłanie - okres był to niewesoły:
      Los kopalniany od chwili przybycia.
      Więźniami będąc właściwie na poły,
      Zdołali jakoś dokonać odkrycia
      W Copernicusie, choć tam w tajemnicy
      Sprawy trzymali mnisi i Chińczycy.

      14.
      Wielu zesłańców po kątach szeptało,
      Za starej władzy - nim wpadła w opały,
      Że choć w kraterze Kopernika mało
      Helu jest w gruncie - wysadza się skały.
      Logicznie myśląc, to coś tu nie grało;
      Niepokojące płynęły sygnały,
      Zwłaszcza że ciężkie nadciągnęły czasy
      I w bazie często brakowało kasy.

      15.
      Dziwnym się zdało, że gdy przedsięwzięcie
      Wieczną objęte klauzulą tajności,
      O którym nawet niewielkie pojęcie
      Centrala miała (nikt nie znał całości
      Projektu, jednak wierzono weń święcie),
      Stanęło w miejscu z powodu trudności,
      To do solucji zawikłanej sprawy
      wzięto Chińczyków z Moskiewskiej Dzierżawy.

      16.
      Cóż, doświadczenie niewątpliwie mieli,
      Państwo budując przez pięć tysiącleci
      I jeśli szukać jakiejś paraleli:
      Może stulatek wśród maleńkich dzieci,
      Który swą wiedzą uczciwie się dzieli,
      Wątpiąc jednakoż, czy któreś oświeci...
      Spraw by choć jeden - modli się pradziadek,
      Geniusz się trafił przez jakiś przypadek...

      17.
      Tu o przypadku zaś nie było mowy;
      Między zakonnym urzędniczym tłumem
      Nie znajdziesz żadnej nieprzeciętnej głowy,
      Która by bardziej grzeszyła rozumem
      Niż funkcjonariusz P&S typowy,
      Z umysłem szczelnie wypełnionym szumem.
      Wiedza dla takich zbędnym jest ciężarem,
      Zdolność myślenia - kłopotliwym darem.

      18.
      Wiara więc była główną ich obroną
      Przed zjawiskami, zdolnymi zakłócić
      Koncepcję świata ongiś wymyśloną
      Przez tego, który wkrótce miał powrócić
      Mikry, lecz z wielką na głowie koroną,
      By nędznych wrogów migiem w pył obrócić.
      Za negowanie jego przeświętości
      Ukarać strasznie i strącić w ciemności.

      19.
      Gdy Pikuś Pierwszy odszedł przed stu laty,
      Wydając święte, ostatnie swe tchnienie,
      Powstały kiepskie o nim poematy,
      Exitus wzięto za wniebowstąpienie;
      Kto w nie nie wierzył - trafić mógł za kraty;
      Wystarczył donos, byle podejrzenie,
      Nie dość gorliwe wyznawanie wiary
      I już nie dało się uniknąć kary.

      20.
      Nie znał w historii - Barman - większych łgarzy,
      Od nadętego, wiecznego spiskowca,
      Nie kryjącego, że los mu się marzy
      "Przywódcy świata, lecz nie pogrobowca
      Spróchniałych wizji największych cesarzy".
      Mówi to zwykle każdy naśladowca.
      Czy był oszustem - mistrzem kompilacji?
      Dziś tak się sądzi i to nie bez racji.

      21.
      Prezes żadnego nie widział problemu,
      By wymyśloną bzdurę do kwadratu,
      Projektem zwaną - "ludowi ciemnemu"
      W kraju - w zamyśle i całemu światu,
      Przedstawić w formie nowego systemu
      Hierarchii prawd i twardego dogmatu.
      Wielu badaczy obecnie uważa,
      Że ściągnął to od Pierwszego Cesarza.

      22.
      Był niewolnikiem tych samych obsesji;
      Obaj słynęli z nadpodejrzliwości
      Rozbudowując aparat represji.
      Dla wiecznej chwały i nieśmiertelności
      Tworzyli zręby prywatnej konfesji,
      Której wyznawcy - ludzie zwykle prości,
      Zawierzyć mieli "boskiemu" bandycie,
      Oddając za tę wiarę nawet życie.

      23..
      I tak też było - cesarskie dekrety
      Powodowały, że ginęły tłumy.
      Dwa tysiąclecia minęły, niestety
      Ludzkość wciąż nie ma powodów do dumy,
      Gdy odkrywane są nowe szkielety,
      Wcale nie skutkiem epidemii dżumy,
      Lecz paranoi dyktatorów krwawych
      O złym spojrzeniu i duszach kaprawych.

      24.
      Wydrążyć górę z rozkazu despoty
      Musieli chłopi; milion ich bez mała
      Zagnano do tej paskudnej roboty;
      Armia nadzorców przy nich była cała,
      Trzecia zaś armia - wojów z terakoty,
      Blisko cesarza pod ziemią została
      Z prawdziwą bronią, acz w glinianych szatach,
      By jego cienia pilnować w zaświatach...

      25.
      Czy miał z tym Zakon cokolwiek wspólnego?
      Wszak inne czasy, uwarunkowania...
      Megalomania Pikusia Pierwszego,
      Małostkowego, złośliwego drania,
      Świat szokowała latami, dlatego
      Przeprowadzono stosowne badania
      I ustaliły różne tam mądrale,
      Że szczątki obu pochowano w skale.

      26.
      Długo sądzono, że Wawel ukrywa
      Prezesa truchło w tajemnej pieczarze...
      Teoria chyba była to fałszywa;
      Zbadano niemal wszystkie korytarze
      Podczas Powstania, przejęto archiwa;
      Większość ich wtedy przepadła w pożarze.
      Przeróżne później wysnuwano wnioski,
      Gęsto krążyły plotki i pogłoski.

      27.
      Eksplorowano, nie kryjąc obawy
      Przed represjami zakonnej bezpieki,
      Lochy centralnej i wschodniej Warszawy;
      Poważne były albowiem przecieki,
      Że ten, co wiecznej pożądać miał sławy,
      Czeka na moment, może niedaleki,
      Gdy odmrożony - znów sięgnie po żelki,
      Bo na nie zawsze apetyt miał wielki.

      28.
      To, co ten Belial zmyślił, nawiedzony,
      W niczyjej nigdy nie powstało głowie,
      A dyktatorów wszak były legiony;
      Nieprzeliczalne różnych wodzów mrowie,
      Na ogół bardzo ponure persony.
      Wśród nich papieże, cesarze, królowie;
      Dla wielu władza stała się nałogiem,
      I władca często ogłaszał się bogiem...

      29.
      Tuż po odprawie, Pierwszy Archiwista,
      Brnąc przez pokłady milerowych śmieci
      Skojarzył fakty i koncepcja mglista
      Nabrała kształtu; pomogli poeci
      Trzeźwi z zasady - bardziej wyrazista
      Stała się opcja, popularna w sieci,
      Że Pikuś Pierwszy - to, innymi słowy:
      Żarłok, łakomczuch - "potwór ciasteczkowy".

      30.
      Jaskinie kute w zboczu zapadliny
      Skrywały tony krówek i landrynek.
      Kukułki, toffi, zwietrzałe praliny,
      Mnóstwo pierników, stosy katarzynek,
      Daktyle, śliwki, figi, żurawiny,
      Wnętrza tysięcy zajmowały skrzynek;
      Trudno wymienić wszystkie te słodkości,
      Które spożywać Prezes chciał w wieczności.

      31.
      Przerażające było to zaiste,
      Lecz jeszcze bardziej wyciskało poty
      Zimne, gorące, lepkie i perliste
      Coś, co ogromne wypełniało groty;
      Pięciometrowe, wprost nierzeczywiste,
      Jeden przy drugim siedziały tam... koty.
      Każdy z nich inny. Milcząca gromada
      Wpatrzona w posąg pół człeka, pół gada...

      32.
      Tuż obok bestii, wzrokiem jej zmrożona,
      W ruchu zastygła dworzan grupka marna.
      Niepewna jakby, mocno wystraszona.
      Formacja ponoć całkiem elitarna:
      Marszałków widać pośród tego grona
      I eminencja też niejedna - czarna.
      Nie mógłby żaden z nich uczynić kroku
      Na dystans dłuższy od kociego skoku...

      33.
      Nie było pereł, diamentów i złota,
      Za to badziewia różnego - bez liku;
      Jakaś koszmarna, nieziemska lichota,
      Niczym wystawa taniego sklepiku
      Lub zakurzona w chybziku gablota
      Z eksponatami z chińskiego plastiku.
      Po cóż to wszystko? Czyżby ten wysiłek
      Miał Prezesowi uratować tyłek?

       cdn.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (452) Pokaż komentarze do wpisu „Przygody Pikusia. Koniec. Zhēnde jiéshù. Realmente o fim. Пиздец. Cz. I.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      środa, 12 października 2016 02:07