Kot Behemoth i Przyjaciele

Wpisy

  • poniedziałek, 28 stycznia 2019
    • 27 stycznia - chyba nie przypadek...

      Męczę się od pewnego czasu.

      Ostatnie miesiące - masa pracy zawodowej. A poza tym jest o czym pisać.

      Nadmiar. A tu problem z czasem ( a ściślej  z jego brakiem).

      Aliści na szczęście pewna niewiasta ukierunkowała mnie.

      A było to tak.

      Rzeczona pani była jakiś czas temu na wycieczce objazdowej po Słowacji - zamki słowackie - mocna rzecz. Jest ich może nawet więcej niże w obu hiszpańskich Kastyliach razem wziętych, przeto kraina zamieszkana przez naszych południowych sąsiadów mogłaby być również Kastylią nazwana (pytanie którą?).

      W trakcie towarzyskiego ćwierkania, przy którym niżej podpisany wymądrzał się niemiłosiernie, ze strony naszego gościa padła uwaga, że przewodnik w czasie wycieczki opowiadał im, że w czasie wojny Słowacy płacili Niemcom za mordowanie Żydów. I dlaczego się o tym nie mówi? A mówi się, o tym, że Polacy mordowali, a jej jakiś pociot przechowywał żydowską rodzinę przez jakiś czas. 

      Chwała pociotowi. 

      Chwała wszystkim innym, którzy narażając życie ratowali Żydów od śmierci niechybnej kładąc własne życie (a często i swoich bliskich) na szali.

      Ale sprawa nie jest prosta.

      Tak o tym, jak i o wielu innych sprawach się nie mówi.

      Zacznijmy więc od rzeczonych Słowaków.

      To prawda. 

      Słowacy nie mając własnych obozów zagłady (mieli koncentracyjne - 3) zlecali eksterminację ,,swoich'' Żydów Niemcom. Za 500 rajchsmarek od głowy. W ten sposób pomnożywszy to przez 70 tysięcy (czyli dwie trzecie populacji Żydów słowackich) uzyskujemy okrągłą sumkę 35 mln. RM. To dużo - bo to miesięczny żołd ponad 2 milionów żołnierzy. Szok prawda?

      Fakt o tym mało kto wie. Tak samo jak mało kto wie o tym, że 50 000 Słowaków zaatakowało II RP u boku III Rzeszy i ZSRR. Fakt, po kilku dniach się wycofali. Ale co urwali nam kawałek terytorium (770 km kwadratowych), to urwali...

      Fakt o tym się nie mówi.

      Ale faktów, o których się nie mówi jest na pęczki.

      Więc pozwolę sobie poprzytaczać co niektóre.

      I dla jasności - liczba słowackich sprawiedliwych wśród narodów świata dochodzi do ok. 600. 

      O tym się też nie mówi. Ale biorąc pod uwagę fakt, że na Słowacji mieszkało przed wojną ok. 40 razy mniej Żydów niż w Polsce...

      A także to, że Polska (II RP) liczyła jakieś 35 mln. mieszkańców, a Słowacja 2,5. 

      No to na Słowacji jeden sprawiedliwy przypada na ca 4 tys. obywateli, a w Polsce nieco ponad 5 tys.

      Wśród sprawiedliwych narodów świata pod względem liczebności sprawiedliwych na podium jesteśmy my Polacy, z liczbą blisko 7000, drudzy Holendrzy z liczbą prawie 5700, Francuzi z liczbą przekraczającą 4000 następnie Ukraińcy - prawie 2700. Pierwszą piątkę zamykaj Belgia z liczbą prawie 1750 uratowanych.

      I to się nijak nie ma do tego ilu ludzi wymordowano.

      W Antwerpii w 1941 roku zamordowano 35 tys. Żydów, 107 000 holenderskich Żydów wysłano do Auschwitz, z przejściowego obozu w Drancy wysłano do Auschwitz prawie 80 000 Żydów. Przeżył ca co trzydziesty.

      Wszędzie były anioły i ostatnie kanalie.

      Aha i jeszcze jedno. Chciałbym wiedzieć jak to jest z odpowiedzialnością za pomoc Żydom. Przecież tytuł ,,sprawiedliwego'' otrzymuje się na wniosek uratowanego, przy czym ten ostatni zaświadcza, że zbawca ryzykował życiem - co najmniej swoim...

      No i przez wiele lat i w czasie wojny i po niej przyznawanie się do pomocy Żydom (przynajmniej w Polsce) nie było wcale dobrze widziane. Powody były różne. Wierchuszka partyjna dzieliła się na frakcje (oficjalnie ich nie było).

      Byli tzw. puławianie - mieszkający głównie w trzech nowoczesnych budynkach przy ulicy Puławskiej w Warszawie (Budynki z lat 30tych luksusowe, jakoś ocalały w wojennej zawierusze, powstaniu etc.).

      Drugie, to natolińczycy - zbierali się w Natolinie.

      Ci pierwsi - to raczej inteligencja - w tym sporo Żydów. Ci drudzy, z pochodzeniem robotniczo-chłopskim.

      Potocznie ,,żydy'' vs ,,chamy''.

      Wśród ,,żydów'' wcale wielu Żydów nie było. Ale stosowna propaganda działała.

      Doszły też opowieści o opanowaniu UB przez Żydów. Prawda jest nieco bardziej skomplikowana. Faktem jest pewna nadreprezentacja w dowództwie, ale w sumie...

      W 1947 roku (a więc przed powstaniem Izraela - wg dr. Rokickiego z IPN w Warszawie) w UB było 206 funkcjonariuszy pochodzenia żydowskiego. 

      Na dobrze ponad 20 tysięcy. 

      Trochę ich wyjechało po powstaniu Izraela...

      Zainteresowanych tematem odsyłam do ,,Zwyczajnego resortu'' - praca zbiorowa.

      Na koniec historia z życia.

      Niżej nie podpisany, będący już wówczas w zgrzybiałym wieku (całkiem niedawno), dowiedział  się pewnego dnia, że dalsze wujostwo (no raczej stryjostwo, bo to od strony ojca) w czasie wojny w mieście Otwocku ocaliło od śmierci kilkoro Żydów - na razie drążę temat, ale pewne informacje już mam. Nieco później okazało się, że dziadek mojego bardzo bliskiego kolegi z podstawówki też ma takie zasługi, tyle że we Lwowie.

      Mój kolega jest wspaniałym człowiekiem, ale niektóre jego zwyczaje są dla mnie trudne do zaakceptowania - np. wizyty o dziwnych porach typu trzecia nad ranem...

      Na szczęście mieszkamy dość daleko od siebie (jakieś 5 km) więc...

      Zaskakujące jest to, że nasi ,,rodzinni sprawiedliwi'' na alfabetycznej liście są sąsiadami...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (330) Pokaż komentarze do wpisu „27 stycznia - chyba nie przypadek...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kosmata_morda_irasiada
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 stycznia 2019 22:44
  • poniedziałek, 26 listopada 2018
    • Wyspa nie całkiem bezludna.

      AKT PIĄTY.

      Chór Ar:

      Piąty - może pójść on w pięty
      komuś, kto zanadto święty,
      bo Autora wszystko wkurza;
      upał głównie... idzie burza...

      Wyspa. On - mieszkaniec szałasu - gotuje kaszkę. Wegetariańska dieta i świeże powietrze - spowodowały widoczną zmianę w jego wyglądzie. Schudł był wyraźnie. Naturalnie Cień Onego też zmizerniał, ale jest abstraktem, więc mu to wisi.

      Cień Onego:

      Jestem w służbie u pajaca...
      Tak, to prawda, karma wraca...
      Niegdyś tyran znany wszędy;
      teraz swe naprawiam błędy;
      strasznej nie chcąc ich powtórki.
      Tnę i zrywam wszystkie sznurki,
      co z przeszłością wiążą krwawą...
      Cieniem jednak jestem - zjawą;
      ten mnie dojrzy, kto zasłuży.
      Ten, kto mocno oczy zmruży,
      w głąb sięgając swej pamięci...
      ...
      Wielu słowo to zniechęci:
      pamięć - słowo dziwne, głupie;
      po cóż ona? - mam ją w dudzie;
      ten i ów pomyśli sobie;
      tkwić w ponurej wciąż żałobie
      po tym, co już het - w otchłani?
      Życie takie jest do bani;
      tu i teraz trza - do przodu,
      dla rodziny, dla... narodu;
      kosić spółki skarbu państwa;
      mniej tam skarbu, więcej draństwa,
      lecz nie o to przecież wcale
      chodzi - ważne są detale;
      władza trwać nie będzie wiecznie...
      Gdzie lokować się bezpiecznie?
      Moskwa, Sydney czy Floryda?
      Jeśli wyda się ohyda;
      na totalnych się to zrzuci,
      że złodzieje, że bankruci
      i że nam rzucali kłody,
      cne zakłócać chcąc obchody;
      ten i ów pomyśli sobie
      i w dwójnasób kasę skrobie
      i w dwójnasób spółki kosi;
      tacy teraz są herosi...
      ...
      Już południe, więc asysta;
      mam nadzieję - nie wieczysta;
      ta - pokutna moja warta
      przy postaci, co obdarta
      wprawdzie, ale wciąż na topie,
      która pluje, wierzga, kopie
      i od czci odsądza, wiary;
      podłość wnosząc na sztandary;
      więc asysta ma niestety
      rolę spełnia tu widety...
      W służbie jestem u pajaca...
      Wyspa sądzi; karma wraca;
      każdy to ma, co zasłuży...
      ...
      Czasem wstręt do białej róży
      też powodem jest cierpienia.
      Pobyt tutaj właśnie zmienia
      takie fobie, anse, fioły,
      ciernie, zadry i pierdoły
      w skruchę, żal, poczucie winy...

      Niespodziewanie znów pojawia się Masłow.

      Masłow:

      Mówiąc krótko - wpędza w spliny,
      a dla chwiejnej tak natury,
      to scenariusz dość ponury.
      Jeśli chłop w rezonans wpadnie
      i rozłoży się bezwładnie,
      wtedy czeka go psychuszka...

      Cień Onego:

      Tu nie wiąże nikt do łóżka;
      to naganne są zwyczaje,
      choć niestety znamy kraje,
      również takie bardzo ludne,
      gdzie zabiegi te paskudne
      wciąż po prostu są uzusem.
      Według władzy zaś - świrusem
      każdy jest, kto się nie zgadza
      na to, co z nim robi władza...
      Masłow - świetnie znasz te sprawy...

      Masłow:

      Znam... przypadek ten ciekawy
      jest i dla mnie - teraz zwłaszcza:
      szatniarz oddać nie chce płaszcza,
      gdyż ten płaszcz mu się należy;
      tak tłumaczą się gangsterzy.
      Czemu On i teraz właśnie?

      Cień Onego:

      Niech mnie jasny piorun trzaśnie,
      jeśli Wyspy znam zamiary...
      Stary, bardzo nawet stary;
      cieniem tylko jestem - zjawą...

      Masłow:

      Złą owiany byłeś sławą
      i przez wielu też przeklęty.
      Imię twoje wszak w odmęty
      wieków wpadło, a twe zbrodnie
      świat traktuje już łagodnie;
      gorsze były potem lata...

      Cień Onego:

      Łaska to ze strony świata...

      Masłow:

      Wyspa sądzi, karma wraca;
      sługą jesteś u pajaca,
      który w twojej teraz pieczy.

      Cień Onego:

      Czas nie tylko rany leczy,
      lecz z upływem zmniejsza ego;
      też coś o tym wiesz, kolego...

      Masłow:

      Nie wiem; mnie to nie dotyczy.
      Żyłem, byłem wied' na smyczy;
      ego raczej cierpi wtedy...

      Cień Onego:

      Tak... tyranem być - pół biedy;
      wątły powód to do chwały...
      Eon minąć musiał cały,
      bym po słusznej stanął stronie.
      Konie kocham, kocham konie,
      a stadniny... i poglądy,
      że rozwalić trzeba sądy
      jako gniazda, hm... rozpusty...

      Masłow:

      Co w tych sądach? Gołe biusty?

      Cień Onego:

      Gorzej - sądy bronią prawa;
      stąd na sędziów jest obława,
      stąd ten hejt w ohydnej skali.

      Masłow:

      Czyżby sądów tak się bali?

      Cień Onego:

      W ich szeregach widna trwoga.
      Znaleźć trzeba zatem wroga;
      lud straszony czymś być musi.
      Jednym sposób pasi* strusi;
      innych wiele w państwie zbrzydza,
      ale łaszą się do rydza*;
      tak chowani są od dziecka....

      Masłow:

      Polsza znowu jest sowiecka;
      głosu ludu nikt nie słucha.

      Cień Onego:

      Władza zwykle bywa głucha,
      gdy lud swoje miewa zdanie.
      Czy o dojnej myślisz zmianie?

      Masłow:

      W Polsze różne były zmiany;
      od tej ściany - do tej ściany...
      Teraz u nich rządzą klechy,
      mimo że za progiem Czechy,
      gdzie kościoły całkiem puste.
      Trudno brzuchy spotkać tłuste
      wśród hierarchów nad Wełtawą.

      Cień Onego:

      Mieszko jednak z ich Dobrawą
      ślub wziął - potem ochrzcił plemię.
      Z tamtej pory na tę ziemię
      los sprowadzać jął kłopoty.

      Masłow:

      Wielcy władcy i miernoty...

      Cień Onego:

      Jakoś tysiąc lat przetrwali...

      Masłow:

      To się chwali, to się chwali...

      Cień Onego:

      Mam wrażenie, że to kpina.

      Masłow:

      Cóż; historię się nagina;
      przekaz często jest załgany,
      by kolejne "dobre zmiany"
      mieć węgielne mogły mity...
      Wciąż sutanny i habity
      respekt budzą w polskim ludzie,
      a lud smutki topi w wódzie.
      To, po ruskich - druga nacja.

      Cień Onego:

      Smutna twoja jest narracja...
      Widzisz u Polaków cnoty?

      Masłow:

      Mało - więcej w nich głupoty
      niż myślenia o przyszłości.

      Cień Onego:

      Wielu, wszakże, ludzi złości
      sojusz tronu i ołtarza,
      co się w dziejach często zdarza...

      Masłow:

      Tenże obu końcem będzie...

      Masłow oddala się ciężkim krokiem...
      Tymczasem On krząta się po obejściu i z niepokojem patrzy w niebo.

      On:

      Ciemno jakoś, głucho wszędzie;
      rankiem słońce zwykle pali
      już w połowie pełnej skali,
      a tu mgła i dziwne chmury.
      Cień mój jakiś też ponury;
      zmalał, kurna, wciąż maleje...
      Coś się dzieje... coś się dzieje...
      Lepiej wynieść się z tej chatki;
      zgarnąć muszę swe manatki...
      dach - na procent sto przecieka.
      Nikt tu nie dba o człowieka...
      Według Czwartka - ponoć skały
      są w pobliżu; dzień mi cały
      zajmie pewnie tam wyprawa,
      choć pogoda dość chłodnawa,
      jeśli jednak będzie lało,
      to nie wyjdę z tego cało,
      a beze mnie naród zginie.
      Tam, być może - są jaskinie.

      Zawija manatki w pled i podpierając się kosturem - rusza w drogę.

      Cień Onego:

      Gość, jak zwykle, znów przegina...
      Mam dla niego już delfina;
      człowiek prosty, człowiek dusza.
      Imię jego nawet wzrusza...
      Prosty, hoży, zdrowy, krzepki;
      wszystkie ma w porządku klepki;
      no... patriota w każdym calu.
      W ciasnym męczy się lokalu
      z żoną oraz dwójką dzieci,
      lecz  gdy wynieść musi śmieci,
      robi to niezwykle godnie.
      Dres zamienia więc na spodnie,
      krawat zawsze do koszuli;
      żonę letko też przytuli
      i na kilka godzin znika,
      choć dwa kroki do śmietnika...

      Cień podąża za Onym, a tymczasem na drugim końcu wyspy (Wyspa właściwie nie ma końca, i tym bardziej nie ma początku) Janusz, z wiankiem (koroną?) na głowie, zwraca się do lekko osłupiałej Karyny:

      Żono oraz drogie dziatki;
      jest oferta git-posadki;
      lecz przyznaję się uczciwie,
      że po czwartym, piątym piwie;
      pamięć nieco mam dziurawą.
      Jeśli mnie podleczysz kawą...

      Karyna nalewa kawę z termosu do kubka.

      Karyna:

      Cukru ile, mężu luby?

      Janusz:

      Wiem! Ocalić mam od zguby
      kraj i władzy przejąć stery...
      cukru, wiesz - łyżeczki cztery.

      Karyna:

      Jakie stery, zguba, władza?
      Mąż z głupotą mnie tu zdradza;
      czemuż wyszłam za tumana?
      My jak Grabiec i Goplana
      albo osioł i Tytania...

      Janusz:

      Albo człowiek i pirania;
      zawsze musi wyjść na twoje?
      Wspólne życie, to wyboje;
      rzadko równa jest to droga...

      Karyna :

      Boże, ja wykpiłam boga,
      któren* ciągnął na kraj świata,
      a za męża mam wariata;
      chłopa niby z krwi i kości...

      Janusz:

      Wiem, Karyno, co cię złości,
      co cię tak najbardziej boli;
      nie chcesz mojej uznać roli.
      Choć być może jesteś w szoku,
      stać powinnaś przy mym boku;
      królem będę... ty - królową.

      Karyna:

      Mąż faktycznie ma coś z głową;
      węszę jakieś tu miazmaty...

      Andżela:

      Mamuś, coś się sypie z taty.

      Karyna:

      To, kochanie, tylko ziele;
      tata ma na głowie wiele;
      ile jeszcze zmieścić może?
      Kwiatki, chwasty, nawet zboże;
      skąd właściwie jest ten wianek?

      Janusz:

      Nie wiem, biegał tu baranek,
      rój motyli latał cały...

      Karyna:

      Zwidy miałeś od gorzały.

      Janusz:

      i to dziewczę w białym gieźle...

      Karyna:

      Tyś na głowę upadł nieźle;
      takie teksty ślesz do żony?
      Przez sen plotłeś te androny.
      Wianek dało ci widziadło?

      Janusz:

      Nie... coś jakby na mnie spadło
      z nagła, w półdzień, przed namiotem.

      Karyna:

      O tym, mężu, zeznasz potem,
      teraz są ważniejsze sprawy.
      Świt dziś taki był niemrawy,
      słońce na pół gwizdka świeci,
      a na stronie wyspy - w sieci;
      nic o złej pogodzie nie ma...

      Janusz:

      Cóż; wychodzi, że to ściema.
      Tyle warta jest reklama.
      Wspomnieć muszę, że ty sama
      stronę tę znalazłaś, żonko.
      Fakt, że dziwne mamy słonko;
      słabe jakieś, mgłą zasnute,
      lecz to, kurna - last minute;
      nikt nie pyta o detale.

      Karyna :

      Lżej mi nie jest przez to wcale.
      Bardzo martwię się o dzieci;
      czy ktoś po nas tu przyleci?
      Zmiany znaczne są w pogodzie.
      Może mają tutaj łodzie
      gdzieś w pobliżu lub lotnisko.

      Janusz:

      Pewnie mają coś tu blisko,
      ale - jak czytałem w wiki;
      chociaż zmienne są tropiki;
      nie jest to cyklonów pora.
      Nie wiem, czemu masz cykora.

      Karyna:

      W wiki... Nie rób ze mnie tchórza;
      widać przecież, że to burza,
      a nie zwykła mgła przy plaży.
      Nie wiem - co tam ci się marzy,
      ale teraz myśl do przodu;
      nadal jesteś głową rodu.
      Zrób coś, teren jest tu goły.
      Namiot i te dwa grajdoły
      żywioł w jednej chwili zmiecie.
      Może zdejmij też to kwiecie;
      czy nie czujesz się głupawo?

      Janusz:

      Kpić se możesz - twoje prawo.
      Łączność z lądem całkiem siadła.
      Dziura, widać, to zapadła,
      jeśli nie ma nawet piwa.

      Karyna:

      Mężu - nie chcę być złośliwa,
      ale piwo cię wybrzusza.
      Jak kojarzy się Janusza?
      Balon i sarmackie wąsy.

      Janusz:

      Ach, subtelne twe przekąsy...
      Na tej wyspie nic nie działa,
      więc agencja dała ciała;
      któż to ją wyszperał w sieci?
      Także martwię się o dzieci;
      w końcu - to królewskie córy.

      Karyna:

      Boże... skończ już pleść te bzdury.
      Brak zasięgu? Wleź na skałki.
      Zamiast wstawiać mi kawałki;
      pomoc wezwij - działaj, kurna!
      Aura mocno jest pochmurna
      i... sen miałam dziwny taki...

      Janusz:

      Ty nie wierzysz wszak w majaki.

      Karyna:

      Nie, lecz pewność moją kruszy
      pomrok, który został w duszy...
      Pamięć senna szybko gaśnie,
      ale ja pamiętam właśnie...

      Janusz:

      Cóż pamiętasz? Zdradź królowo.

      Karyna:

      Wszystko; każde jego słowo...

      Janusz:

      Czyje słowo? Jesteś zdrowa?

      Karyna:

      Dziwna była to rozmowa;
      taki kontakt poprzez wieki...

      Janusz:

      Będzie cytat znów z Seneki?

      Karyna:

      Szarp Autora o szczegóły,
      co się tyczą tej fabuły.
      Inne mam zmartwienia zgoła.

      Janusz:

      Przed Autorem chylę czoła,
      choć mnie nieco tu ośmiesza.

      Karyna:

      Skąd? Na blog ten wchodzi rzesza;
      no - załóżmy - prawie krocie;
      kilka osób tak w istocie,
      lecz nikt nie ma cię za głupka;
      jeśli - to niewielka grupka.

      Janusz:

      Też wystarczy, bym miał splina.

      Karyna:

      Mężu, ważna jest rodzina;
      daruj sobie zatem kwasy.
      Trudne teraz mamy czasy.
      Rządzi nami "dobra zmiana",
      Trumpa mamy i Orbana;
      w wielu krajach rządzą szuje.
      I do tego Putin knuje.

      Ludziom spada z oczu łuska.
      Crise, że rzeknę tak z francuska,
      świat ogarnia prawie cały.
      Wleziesz wreszcie na te skały?

      ______

      pasi* - https://encyklopedia.interia.pl/gwara-uczniowska/news-pasic-pasik,nId,2123045

      rydz* - eufemizm.

      któren* - Karyna jest warszawianką z babki prababki i dziada pradziada, któren to pradziad z lubością owego słowa używał.

      psychuszka - Wariatkowo.

      wied' - ros. "przecież".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (480) Pokaż komentarze do wpisu „Wyspa nie całkiem bezludna.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2018 01:24
  • niedziela, 15 lipca 2018
    • Wyspa nie całkiem bezludna.

      AKT CZWARTY.

      Chór Ar:

      Pora przyszła na akt czwarty,
      więc autorze - odkryj karty.
      Mało kogo tutaj wzrusza
      spicz Karyny, sen Janusza.

      Grajdoł. Dziewczynki robią babki z piasku. Karyna - rozkoszując się łagodnym łaskotaniem promieni przymglonego tropikalnego słońca - mruczy:

      Karyna:

      No, niestety - chłop dał ciała.
      Bredził, że... że cała biała
      baba jakaś mu się śniła...
      To już, kurna - jest mogiła;
      on mnie z jakąś zdzirą zdradza.
      Wierzy, że to go odmładza.
      Wciąga brzuch i mięśnie pręży.
      Chciałby zerwać się z uprzęży,
      na szerokie wpłynąć wody...
      Jak za młodu - spijać miody,
      trutnia słodką pełniąc rolę,
      lecz ja na to nie pozwolę.
      Dziś wieczorem sprawdzę męża;
      jego chęć i stan oręża.
      Wiem, że gadam tu do ściany,
      gdyż mężulek wciąż pijany,
      chociaż blisko jest południa.

      ...

      Plaża coś się nie zaludnia,
      znaczy - nie ma tu nikogo.
      W ciszy zatem i niedrogo
      spędzić można będzie wczasy;
      sporo się oszczędzi kasy...

      ...

      Chyba mnie coś drzemka bierze
      w tym grajdole, wręcz - kraterze...
      Mężuś kopał jak szalony,
      piasku ze dwie wyniósł tony,
      a czterdziestkę ma na karku
      i po trzecim już browarku
      niemoc widna go dopada.
      Nie najgorsza jest to wada...

      ...

      Głos... dobiega gdzieś z daleka;
      śpiewny, tęskny - wprost urzeka,
      rwąc na strzępy błogą ciszę...
      Imię swoje chyba słyszę,
      lecz to nie jest głos Januszka;
      jemu bliższa wciąż poduszka.

      Głos:

      Hej Karyno, hej dziewczyno,
      śliczna moja ty ptaszyno...
      Niech się los twój z moim splata;
      lećmy razem na kraj świata...
      Lećmy razem na kraj świata;
      niech się los twój z moim splata;
      śliczna moja ty ptaszyno...

      Karyna:

      Czemu właśnie: Hej Karyno?
      Męża, dzieci mam tu przeca.
      Taki tekst mnie nie podnieca;
      dziwna bardzo to przemowa...
      Słowa tylko... puste słowa...
      Gdzie i po cóż; z kim i kiedy
      szukać mam dla siebie biedy?
      Wróbla krzepko trzymam w ręce,
      a marzenia me dziewczęce
      o gołębiu, co na dachu;
      dawno poszły już do piachu.

      Głos:

      Och, Karyno - tyś jedyna!
      Nie Justyna, nie Grażyna;
      twoje imię brzmi tak przaśnie...
      Ciebie pragnę, ciebie właśnie.

      Karyna:

      Mylisz pewnie mnie z Maryną.
      Ja nie jestem twą ptaszyną;
      boczki mam i waga nie ta.
      Żadna już nie działa dieta,
      więc nie zerwę się do lotu;
      nie usłyszę już łopotu
      skrzydeł swoich, bo skarlały,
      choć w młodości miałam szały...
      Kim ty jesteś głosie miły?

      Głos:

      Jam jest władcą wielkiej siły.
      Wszystkie cztery świata strony
      mam na oku, a cyklony,
      trąby, szkwały, sztormy, burze;
      w mej przedwiecznej tkwią naturze...
      Hobby moim jest zagłada.
      Ślę tajfuny i tornada
      tam gdzie trzeba i nie trzeba,
      grom z jasnego spuszczam nieba,
      lecz samotność mi doskwiera...
      Drobna była gdzieś afera
      i już Amfi ma mnie w nosie.

      Karyna:

      Tyś Ajolos? Ach żonkosie...
      Ledwie rok od ślubu minie;
      chłop już myśli o Marynie.
      Tak się dzieje od stuleci,
      bo niezmienni są faceci...

      Głos:

      Tak... Ajolos - dawne czasy.
      Teraz na potrzeby prasy;
      każdy przejaw mej potęgi
      do archiwów trafia; w księgi
      i w tak zwane internety...
      Ksywę miewa więc niestety
      orkan byle, niż głęboki...
      Prawne już podjąłem kroki,
      by przywrócić kopy-rajty
      i fejkowe zamknąć sajty;
      o to mnie błagają bogi.
      Już Boreasz choćby srogi,
      co północne ściąga chłody...
      Chłop się stara, przeć niemłody,
      a tu słowa o nim ni ma,
      tylko: "znowu wraca zima"...
      Może wielu też przekona
      smutny strasznie los Skirona.
      Bóg łagodny ten z natury,
      od Islandii śle wichury,
      by siarczyste gonić mrozy,
      lecz nabawił się newrozy,
      gdyż meteo wciąż bajdurzy,
      że: "Atlantyk znów się burzy"...
      O Skironie ani słowa...
      Czyjaż to wytrzyma głowa?

      Karyna:

      Jak się zwracać do waszmości,
      by nie sprawić ci przykrości?
      Mój Eolu? Wiatrów boże?

      Głos:

      Och, Karyno - nie kpij może.
      Choć mitycznym jestem bytem;
      chlubą dla mnie i zaszczytem
      słodkie słowa będą twoje...
      Wieki dzielą nas oboje,
      różne także mamy cele,
      ale w mitach prawdy wiele;
      nie powstały bez kozery.

      Karyna:

      Czemu wstawiasz te bajery?
      Gdzieś kamera jest ukryta?
      Coś mi nie gra, coś mi zgrzyta;
      mąż tu dziwne ma omamy.
      Czy my w szole jakimś gramy?
      Coś w podobie big bradzera?
      Gdzie ukryta jest kamera?

      Głos:

      Mąż się naprał - prosta sprawa.
      Jeśli jesteś zaś ciekawa...
      tutaj trafia ten, kto błądzi.
      Wyspa widzi, wyspa sądzi.

      Karyna:

      Co tu wyspa ma do rzeczy?

      Głos:

      Młodość wróci, z ran uleczy...
      Każdy to ma, co zasłuży...

      Karyna:

      Źle to wróży, źle to wróży...

      Głos:

      Czemu wróży? Bądź łaskawa...

      Karyna:

      Przednia miała być zabawa:
      wyspa piękna gdzieś w tropiku
      i rozrywek wprost bez liku,
      a tu głosy, a tu zwidy.

      Głos:

      Wyspa do was śle fluidy...

      Karyna:

      Co nam po nich? Jakieś bzdety.

      Głos:

      Ach, kobiety... ach, kobiety...

      Karyna:

      Proszę; odkrył się seksista;
      oprócz męża oczywista.
      Każda dla was - to Maryna;
      czy matrona, czy dziewczyna.

      Głos:

      Cóż ty z tą Maryną stale?
      Żale, hale i górale,
      owiec beki, wilków wycie,
      smutne życie na gór szczycie...
      Nie chcę wspólnych z nią wojaży;
      mnie z obłędem się kojarzy.

      Karyna:

      Mnie z czymś innym; mniejsza o to,
      zmilczę lepiej - będzie złoto.
      Mylisz czasy i utwory.
      Tu law story, tu law story,
      ale inne są to dzieje...
      Ktoś się wzrusza, ktoś się śmieje;
      różne ludzie mają gusta,
      żadna jednak tam rozpusta.
      Zwykłe ludzkie są dramaty.
      Ona biedna, on bogaty:
      Janusz, Jontek, Zośka, Halka;
      amant, góral i rywalka...
      o Marynie nie ma wzmianki.
      Jeśli rolę gra kochanki,
      to zbójnika - nie szlachcica.
      Tu istotna jest różnica;
      wszystko sprawdzić można w wiki.

      Głos:

      Fakt, już z gugla mam wyniki.
      Łupił wszystko, co się dało...
      Łupił często, łupił śmiało;
      ten Janosik od Maryny,
      a wyrzutów ani krzyny.
      Ba! W potocznej tkwi pamięci,
      że zbójnicy, ci wyklęci,
      zawsze się o sprawę bili,
      więc są każdej władzy mili,
      sporo mając za uszami...

      Karyna:

      Władza często naród mami,
      byle swe osiągnąć cele...

      Głos:

      Naród zaś wybaczy wiele,
      jeśli wroga ma na tacy.
      O to dbają już dworacy,
      ledwo palcem władca kiwnie.
      U was - widzę - jest coś dziwnie;
      demos działa, są wybory,
      ale system ten jest chory.
      Rządzi, można rzec - despota.
      Żyje sam, nie licząc kota,
      wszystkie w ręku dzierżąc sznurki.
      Sprzed półwiecza chce powtórki,
      własne sycąc tym tęsknoty,
      a że państwo ma kłopoty?
      To mu wisi i powiewa.
      Bogiem chce być... i tu krewa;
      do boskości droga kręta.
      Lista zgłoszeń jest zamknięta,
      no... przynajmniej od stuleci.
      Ci tyrani są jak dzieci;
      każdy, bez wyjątku, wierzy,
      że mu wszystko się należy:
      boskość, władza - tak z natury...

      Karyna:

      Obraz kreślisz dość ponury,
      lecz mam gdzieś tam - drogi panie;
      całe twoje to gadanie,
      bo są bliższe mi tematy.
      Jak tu przeżyć do wypłaty?
      Do tej pory żadna władza
      nie pomaga, nie dogadza,
      więc wybory ja mam w nosie.

      Głos:

      Hmm... w bierności tkwisz skorupie.
      Na to właśnie tyran liczy,
      program głosząc swój zwodniczy.

      Karyna:

      Przestań - jesteś jednym z gości,
      który znaczył coś w przeszłości,
      ale to już, wybacz - ściema.

      Głos:

      Nie. Rękami tu obiema
      pod tym się podpisać mogę.
      On rozniecić chce pożogę
      w sobie tylko znanym celu
      i ma fanów; fanów wielu
      na fejsbuku, na tłiterze...
      Są owieczki i pasterze
      i pisarze i dresiarze
      i pacjenci i lekarze
      i gwiazdorzy i statyści
      i tekstylni i nudyści...

      Karyna:

      Jakież wpisów tych powody?

      Głos:

      Dla niektórych - to krzyk mody,
      lecz też inne są motywy,
      oprócz szpanu, oprócz zgrywy.
      On odwieczne budzi strachy...

      Karyna:

      Kolo* w ciasne wskoczył nachy*
      i narządy mu uciska?
      Kolo życia nie zna z bliska,
      jeśli nie zna życia w sieci.
      Lajków tyle, co kto zleci;
      nad tym już czuwają boty.
      Bajdy durne dla ciemnoty...
      To się liczy, co w realu;
      nie w jutubie, na portalu.
      Przecież tam na każdym poście
      kasę cwani robią goście...
      konta pewnie też fejkowe.

      Głos:

      Masz podejście, widzę - zdrowe,
      ale za mną stoją wieki.
      By nie ruszać znów Seneki;
      sam od siebie dam dwa słowa:
      każda władza jest gotowa
      w swej obronie użyć siły,
      jeśli naród jej niemiły.

      Karyna:

      Strachy, mówisz i upiory?
      Wódz faktycznie - ponoć chory;
      rzadko zjawia się w eterze.
      Za to słudzy i żołnierze
      w mediach straszą na wyprzódki.

      Głos:

      Mnie nie dziwią ich pobudki.
      Nikt nie ufa już satrapie,
      który ledwie ledwie człapie,
      a wciąż prawo sobie rości
      do wielkości, do boskości.
      W tle jest zawsze jednak kasa,
      więc lojalność nie wygasa,
      póki spłacać trza kredyty.

      Karyna:

      Twój scenariusz grubo szyty,
      chociaż trzeźwe ma podstawy.
      Acz wydaje się dziurawy;
      czemu władca tak się chowa,
      jeśli prawdą są twe słowa?

      Głos:

      Jest... na wczasach... o dwa kroki;
      z drugiej strony tej zatoki.
      Wyspa wzięła go w obroty.
      Sporo przy nim jest roboty,
      żeby wyjść mógł znów na ludzi,
      a tymczasem wciąż marudzi:
      brak ochrony, czystych gaci...

      Karyna:

      Jak on za te wczasy płaci?
      Konta nie ma ani karty;
      takie w sieci krążą żarty.

      Głos:

      Wyspa jakoś się rozliczy...
      Teraz przetrwać musi w dziczy;
      każdy to ma, co zasłuży...
      każdy to ma, co zasłuży...
      każdy to ma, co zasłuży...

      Karyna:

      Ta rozmowa mi się dłuży.
      Co tu robisz, do cholery?

      Głos:

      Wszystkie świata strony cztery...

      Karyna:

      Tak, już wiem, lecz rzuć konkrety
      i już nie bredź - ach kobiety...
      na mnie to nie działa wcale.
      Wszędzie takie są mądrale.

      Głos:

      Mam zlecenie tu w pobliżu.
      Teraz jestem w stadium niżu,
      lecz rozkręcam się powoli;
      to wynika z mojej roli...

      Karyna:

      Nie... huragan jeszcze blisko...
      Cóż to znowu za zjawisko?

      Głos:

      Dick, a Rysiek w waszej mowie.
      Wcieleń moich istne mrowie:
      troje, w tej godzinie właśnie,
      gdzieś wypełnia się i gaśnie,
      choć wciąż jeszcze dachy zrywa.

      Karyna:

      I to twoje są aktywa?
      Ludzi przecież tyle ginie.

      Głos:

      Trybem jestem w tej machinie;
      wiesz: Ananke, Mojry, Hory...

      Karyna:

      Masz w tym udział całkiem spory.

      Głos:

      Mam, Karyno, cóż poradzę?
      Wyspa tu sprawuje władzę...

      Andżela:

      Mamuś, szybko, otwórz oczy!

      Karyna:

      O! Wasz tata dumnie kroczy,
      tylko dziwny jakiś, kurna;
      niby on, lecz gęba durna.
      W ręku kij i coś na głowie...

      Głos:

      Zanim mąż twój się wypowie;
      daj mi powód do radości.

      Karyna:

      Wolę chłopa z krwi i kości
      od starego, wybacz - boga.

      Głos:

      Jedna więc przede mną droga...

      ----------

      *Kolo; nachy - znak czasów...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1072) Pokaż komentarze do wpisu „Wyspa nie całkiem bezludna.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      jerg2
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lipca 2018 03:20
  • piątek, 29 czerwca 2018
    • Na marginesie nowelizacji jednej ustawy...

      Oj nasłuchałem się w ostatnich dniach, nasłuchałem w tym TVNie.

      Przekaz dnia (choć innymi słowami) zaprezentował najpierw niejaki Jarosław S. wiceminister kultury a następnie prof. Zybertowicz. 

      Hosanna... odkryliśmy zjawisko antypolonizmu.

      I usiłujemy je przeciwstawić antysemityzmowi.

      Odnoszę wrażenie, że komuś coś się pomerdało (no tak, jak dwa metry ode mnie leży pies odwrócony ogonem w moim kierunku i śpi, to takie skojarzenia są na miejscu).

      Na świecie - nie tylko w Europie istnieje cała masa rożnych anty...izmów (zamiast 3 kropek należy wstawić tu nazwę nacji). Na pewno istniał, istnieje i istnieć będzie w ich gronie antypolonizm. Ale czy jest on tak straszliwy, że jest uprawnione porównywanie go z antysemityzmem?

      No to popatrzmy. Skutkiem zastosowania antysemityzmu w praktyce był  Holocaust.  Na dodatek to była zaplanowana akcja mająca na celu całkowite unicestwienie (czyli jak tłumaczył łacińskie słowo accidio Rafał Lemkin - twórca pojęcia genocide - ludobójstwo, dla porządku dodajmy, że skleił to z greckim słowem genos - ród).

      Truizm. Wszyscy o tym wiemy. Ale nie zawsze nam się chce (na ogół nie) by chwilę się nad tym zastanowić.

      A więc: przed wojną na kontynencie europejskim mieszkało kilka milionów Żydów. W wyniku Holocaustu ich populacja spadła co najmniej o 70% (są również źródła, które podają jeszcze większy odsetek, nawet 90%).

      W związku z tym warto zwrócić uwagę na dwie sprawy.

      1. Żaden antyiksizm nie zaowocował wymordowaniem co najmniej 70% populacji nacji X.

      2. W ściganiu się na martyrologię praktycznie wszelkie inne nacje są bez szans. 

      Również my. Oszacujmy.

      Przed wojną ludność RP wynosiła ok. 35-36 milionów z czego etnicznych Polaków było mniej więcej dwie trzecie czyli jakieś 24-25 milionów. Polska straciła ca 6 milionów obywateli w tym lekko powyżej połowy Żydów. To oznacza, że jakieś 3 miliony to wszystkie inne nacje. Czyli przedwojenni nieŻydzi. Jakieś 32 miliony. 25% z tych 32 milionów to niePolacy (etniczni), ale polscy przedwojenni obywatele i spośród nich ładne paręset tysięcy też straciliśmy. Robi się z tego więc jakieś 2 miliony z kawałkiem polskich etnicznych ofiar II WŚ. Czyli około 10% przedwojennych Polaków etnicznych - obywateli polskich. 

      Nawet gdyby przyjąć, że w II WŚ zginęło 4 miliony etnicznie polskich obywateli II RP, to i tak doskrobiemy się co najwyżej do ok. 25% strat. 

      Nadal nieporównywalne z 70%, nie mówiąc o 90%.

      Oczywiście nikt zdrowy na umyśle nie będzie twierdzić, że nasze straty są niewielkie. Są wielkie, ale nieporównywalne z ilością ofiar Holocaustu. W ogóle każda, nawet pojedyncza  ofiara, to i tak  o jedną za dużo.

      W moim odczuciu niezwykła wrażliwość Żydów na kwestię Holocaustu bierze się właśnie stąd, że ich straty były nieporównywalnie relatywnie większe niż innych nacyj. Znajdzie się co prawda trochę takich narodów w dziejach, które doznawały takich strat a nawet większych. Ale było to albo bardzo dawno - np. zagłada cywilizacji Tangutów dokonana w XIII wieku przez Mongołów. (nie przetrwał praktycznie nikt, kto by potrafił odczytać ich pismo...).

      A w Europie w czasie wojny 30-letniej populacja Czechów zmniejszyła się o 74%. A Polska w wyniku Potopu szwedzkiego straciła od 30 do 50% populacji (wg różnych szacunków). To zawdzięczmy Szwedom, a także Rakoczemu i innym takim, którzy w stosownym czasie stworzyli sojusz przeciwko nam. 

      Ale minęło dobrze ponad 300 lat i sami o tym zapomnieliśmy. Czesi też, choć skutki tej hekatomby trwały bardo długo. Jeszcze 150 lat później w Pradze praktycznie nie było słychać języka czeskiego, ba dopiero zabierano się za jego odtwarzanie na podstawie zachowanych starych tekstów, czy tu i ówdzie zachowanych dialektów, czy apokryfów (sic!).

      Czas zabliźnił rany.

      A w przypadku Holocaustu żyje sporo ludzi, którym udało się przeżyć, albo ich bezpośrednich potomków. Ta sprawa jest wciąż żywa, zwłaszcza, że od powstania państwa Izrael, kraj ten przez cały czas walczy o przetrwanie.

      W trakcie TVNowskich i nie tylko dyskursów wielokrotnie padała teza, że nikt praktycznie nie mówi w Izraelu o ,,polskich obozach koncentracyjnych''  sugerując, że Polacy stworzyli (współtworzyli aktywnie) system masowej i zaplanowanej eksterminacji całego narodu żydowskiego. Był co prawda jeden taki... Ale to jakiś oszołom...

      Ten oszołom nazywa się Jair Lapid. I nie jest to bynajmniej ,,jakiś''.

      To niezwykle barwna postać, żołnierz, bokser, minister (finansów), dziennikarz, polityk, pisarz....

      Na dodatek bardzo przystojny. Ma obecnie 55 lat.

      Nie bardzo wierzę, że Jairowi Lapidowi coś odbiło. 

      Nie jest mym celem go bronić , bo on mi ani brat ani swat, ale wydaje mi się, że jego przypadek  pokazuje jak bardzo kwestie Holocaustu i odpowiedzialności zań są istotne dla znacznej części społeczeństwa żydowskiego (izraelskiego).

      Ojciec Jaira był węgierskim Żydem urodzonym w Nowym Sadzie w Wojwodinie (natenczas Jugosławia) jako Tomislav Lampel. Gdy miał 10 lat III Rzesza najechała Jugosławię. Dorastającemu Tomislavowi udało się przeżyć Holocaust, ale również dostać się w 1948 r do Izraela.

      Przez całe swoje życie walczył o pamięć o Holokauście. Podobnie jak jego syn, był barwną wielowymiarową postacią - sławnym (można by rzecz ,,kultowym'' dziennikarzem. Prasowym (związany był z Maariv - to trzecia pod względem poczytności gazeta hebrajskojęzyczna w Izraelu - ma mniej więcej dwukrotnie więcej czytelników, niż często u nas cytowany Haaretz). Jako polityk był liberałem zwalczającym ortodoksyjne partie i koalicje religijne (typu Szaas). Jako członek Knessetu był przewodniczącym komisji spraw zagranicznych, pełnił również rolę ministra sprawiedliwości (z wykształcenia był prawnikiem). 

      I teraz najistotniejsze: był związany z Instytutem Yad Vashem, pod koniec życia (zmarł 10 lat temu) przewodniczył radzie instytutu. 

      Wobec powyższego wydaje mi się, że ,,młody'' Lapid po prostu się wściekł, gdy dowiedział się o nowelizacji ustawy o IPN. Trudno mi uwierzyć, że gość nie ma dogłębnej wiedzy na temat Holocaustu i.t.d.

      Irasiad jest bardzo zdenerwowany (że zacytuję klasyka), trzeba z nim wyjść, ergo kończę wypociny...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (155) Pokaż komentarze do wpisu „Na marginesie nowelizacji jednej ustawy...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      kosmata_morda_irasiada
      Czas publikacji:
      piątek, 29 czerwca 2018 22:24
  • środa, 09 maja 2018